Kraina umarłego dzieciństwa

Jakie mam plany na weekend? Wielką pustkę wypełnioną upałem. Ekshumację lodówki. Bieg przed siebie o zachodzie słońca. Wyprawę za miasto do krainy umarłego dzieciństwa.

Chociaż nie, dzieciństwo wciąż gdzieś tam jest między gałęziami rododendronów. Przy pieńku, który pozostał z czereśni, na którą tak lubiłam się wspinać. W tym miejscu trawnika, gdzie rozstawialiśmy fotel babci Emilce (tam, gdzie było najcieplej, babcia ciągle marzła i nawet podczas upału nosiła rajstopy i wełniane spódnice). Albo pod krzakiem jaśminu, gdzie na rozklekotanym polowym łóżku odpoczywał dziadek Tadeusz.

Będę oglądać kolejne wybrzuszenia na asfalcie. Patrzeć, jak korzenie drzew rok po roku, dziesięciolecie po dziesięcioleciu odzyskują dla siebie to miejsce.

Będę biec starymi ścieżkami, chroniąc się w cieniu drzew przed czerwcowym upałem. Zobaczę, co popadło w ruinę, a co zostało wybudowane. Co porosła trawa, co wchłonęło bagno, a co pokryto świeżą warstwą asfaltu.

Poszukam tego gwoździa z przewróconego płotu, który kiedyś wbiłam sobie w stopę. Szkła w rzeczce Zielonej (utkwiło w prawej pięcie, blizna jest do tej pory). Gorącej herbaty wylanej w czasie kolacji na prawą rękę. Skręconych kostek, zdartych kolan, blizn po rozdrapanych ugryzieniach komarów, jadu przypadkowo zdeptanych os. Rozpalonego czoła w trakcie udaru słonecznego. Bzyczenia szerszeni, którego tak bardzo się bałam. Nocnych odgłosów lasu. Śladów po piaskowych kąpielach dzików.

05zalesie6

Rytuały

Zgodnie z przewidywaniami meteorologów niebo spadło z hukiem na Złote Tarasy i cała Warszawa znalazła się pod wodą. Schroniłyśmy się z Emilką w McDonald’sie. Zamówienie złożyłyśmy w samoobsługowym terminalu. Mi dostało się jabłko z zestawu dziecięcego i gorąca woda, którą można zamówić do ogrzania dziecięcego napoju. I lody, oczywiście.

Sącząc wrzątek z papierowego kubka obserwuję spod przymkniętych powiek zwyczaje godowe gimnazjalistów, które najwyraźniej wiążą się ze spożyciem ogromnej ilości frytek. Przypominają mi się wyprawy do drugiego w Warszawie McDonald’sa na parterze DH Smyk, gdy z przyjaciółką zrzucałyśmy się na małe frytki zjadane później na spółkę. Czy naprawdę minęło już 20 lat?

Mam w sobie dużo czułości dla tych koślawych 13-latków pożerających frytki. Zawieszeni w przestrzeni między późnym dzieciństwem, a wczesną dorosłością, poruszający się w rozchichotanych i trącających się stadach. To ten piękny czas, w którym starsi koledzy wrzucali nas do stawu w parku Ujazdowskim, a my z tego powodu byłyśmy najszczęśliwsze na świecie.

Kochany kapelusznik

Ach, ten Prokofiew – szalony kapelusznik wśród kompozytorów. Na wczorajszym koncercie w ramach 19. Wielkanocnego Festiwalu Ludwiga van Beethovena pod palcami diabolicznego Borisa Bermana VII sonata – szalona, momentami pośpieszna, czasem groteskowa, potem znów leniwa i cichutka, i znów pędząca na łeb na szyję, z gniewną zadyszką.

Natychmiast przeniosłam się myślami do tego dziwacznego parku na Okólniku pomiędzy klasztorem sióstr szarytek a Akademią Muzyczną, gdzie spędziłam część dzieciństwa przesypując piasek do wiaderka, wsłuchana w dziwaczne dźwięki dobiegające z Akademii. Śpiewaczki, fortepiany, trąbki – wszystko na raz w różnych tempach i tonacjach, bez początku i końca. A w tle tajemnicze, rozsypujące się mury, zarośnięte klasztorne ogrody i TAJEMNICA. Tak, to jest właśnie Prokofiew, tak bardzo mi ostatnio bliski.

Siergiej Propkofiew
Siergiej Prokofiew

mad_hatter_alice_in_wonderland_2010-wallpaper-1400x1050