Ucieszyłby pana ten widok

W czasie 25. Finału Wielkiej Orkiestry sypnęło staropolskim przedrozbiorowym śniegiem, o jakim pisał Sienkiewicz. Gruba puszysta warstwa pokryła Warszawę w półtorej godziny, skrzypiała pod stopami i oślepiała bielą. – Tak właśnie powinien wyglądać śnieg – wyjaśniłam Emilce, która w swoim dziesięcioletnim życiu wiele śniegu jeszcze nie widziała. 
Następnego ranka śnieg wciąż miał się dobrze, zamiast zamienić się w rodzaj zaprawy błotno-piaskowej. 

Podczas Finału zebrano przekornie rekordowe miliony – pomimo rządowo-narodowych kampanii, a może właśnie dzięki nim? Taka promocja paradoksalna. Cieszę się, że  w tej konkretnej bitwie zwyciężą chore dzieci i seniorzy. W milionie innych bitew polsko-polskich wszyscy przegrywamy, albo tak to wygląda z pozoru. Być może ten czas wojenny pozwala odkryć, że dawno zdobyte bastiony „oczywistości”, takie jak prawa człowieka czy nawet teoria ewolucji wciąż trzeba zdobywać i głosić na nowo. 

Ostatnio wieczorami grywamy z Emilką w grę karcianą „Ewolucja”, zaciekle walcząc o przetrwanie. Wynik każdej rozgrywki jest niepewny i w tej częściowej nieprzewidywalności tkwi właśnie  piękno natury.

Piątkowe popołudnie i wieczór spędzamy na Nocy Biologów wśród kilku tysięcy wariatów. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają na uczenie innych lub poszerzanie własnych horyzontów? Widząc wypchane po brzegi sale wykładowe i słysząc gimnazjalistów negocjujących z rodzicami późniejszy powrót  („Tato, ja MUSZĘ być jeszcze na tych dwóch wykładach, przyjedź o 22:15!”), pomyślałam, że może jest jeszcze nadzieja dla naszego gatunku. Że są ludzie, którzy chcą się uczyć i poznawać świat, a nie iść po linii najmniejszego oporu intelektualnego. Którzy najpierw chcą WIEDZIEĆ, a potem mieć i konsumować. Ucieszyłby pana ten widok, profesorze Bauman!

A jednak się kręci

A już myślałam, że nigdy nie będę krzyczeć przez okno „Emiiiilkaaaa, do domu!” – tak jak jedno czy dwa pokolenia matek podwórkowo-trzepakowych dzieci, zdzierających kolana i biegających stadami. Myślałam, że to biedne pokolenie tabletowo-smartfonowo-kablówkowe, skazane na cyfrową nudę – ale jednak nie. Emilka zaczęła znikać na podwórku na długie godziny, pochłaniać tradycyjne papierowe książki i leczyć potłuczone kolana, zupełnie jak „normalne” dziecko. Obok jej łóżka, podobnie jak obok mojego, rośnie stosik książek czekających na swój moment.  I bardzo dobrze.

Przyszły pierwsze upały i ciepłe noce, firanki podrygują niespokojnie nad ranem, a budzik jest nastawiony na 5:55. Nie mam w najbliższym czasie żadnych zawodów biegowych – truchtam sobie niespiesznie na ulubionych trasach, nie ścigając się z nikim, nawet ze sobą.

Kończę pozaczynane książki, odświeżam znajomość z teatrami i rezerwuję bilety na nieprzyzwoitą liczbę seansów w ramach festiwalu filmowego dla dzieci i młodzieży. Zastanawiam się, czy to już naprawdę ten moment, kiedy można zacząć jeść polskie truskawki. Z roku na rok jakby coraz wcześniej…

(…)(Pies znowu odmówił…)

Pies znowu odmówił wieczornego spaceru i poszedł spać po dobranocce. Ja mierzę gorączki i leczę smutki myśliwską suchą. Emilka w przerwach między kolejnymi dawkami ibuprofenu ogląda Gwiezdne Wojny.

Pracuję znów do późna, wracając do zapomnianych rytmów studenckich. Śnią mi się wychudłe koty i huczne zabawy sylwestrowe, których jestem obserwatorem.

Zaczęłam czytać tyle różnych książek, że nie mogę skończyć żadnej.