Wyznania statystki

Za nami trzeci tydzień upałów. W ostatnich dniach zwiądł mi tymianek, werbena i dwa słoneczniki. Zakończył się też mój dwudniowy epizod w show-biznesie, czyli statystowanie w komedii romantycznej „Kochaj” w reżyserii Marty Plucińskiej. Będzie można mnie zobaczyć na wielkim ekranie przez co najmniej pięć sekund, kto wie, może nawet sześć. Nie pamiętam ani jednego statysty z żadnego z filmów, jakie w życiu widziałam. Panie idące po ulicy, panowie z psami, ofiary wybuchów – pracujący kilkanaście lub kilkadziesiąt godzin na to, żeby mignąć przez chwilę gdzieś w rogu i rozpłynąć się w niepamięci. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że mój debiut przejdzie niezauważony. Zamiast organizować przeprowadzkę do Hollywood, sprzątnęłam kuchnię, wyrzuciłam zeschnięte rośliny, które padły ofiarą upałów i ułożyłam na nowo słoiki z dżemami domowej roboty. Zostały jeszcze śmieci do wyniesienia, pranie do nastawienia, a wszystko to przy akompaniamencie pokaszliwań przeziębionej Emilki.

Plan filmowy to dla mało kogo wrota do sławy, ale dla wszystkich szkoła cierpliwości i charakteru. Można się nauczyć czekać. I czekać. I czekać. I czekać. I czekać. I powtarzać, powtarzać, powtarzać, powtarzać. I obserwować, jak z miliona nieskładnych puzzli powstaje całość, jak wielki chaos i nuda zamieniają się w porządek.

To, co ważne

Dziś wyprawa do kina na „Artur ratuje gwiazdkę” – piękną, nowoczesną baśń, gdzie nawet Mikołaj zmaga się z przerostem technologii nad treścią. To, co ludzkie jest ważniejsze od tego, co wydajne i efektywne. O! A na wieczorny deser „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego oraz gorąca kąpiel z audiobookiem w tle. Jutro rodzinna wyprawa na gorącą czekoladę i, jeśli nie będzie padać, spacer na Plac Zamkowy, gdzie stoi ponoć bardzo spektakularna choinka.

Odkrywam na nowo świat audiobooków, które dają odpocząć oczom i przenoszą mnie do czasów, kiedy moja kochana babcia Emilia godzinami czytała mi książki na głos. Dzięki jej cierpliwości, świat książek poznawałam słuchając i okazuje się, że do tej pory w ten sposób przeżywam książki najgłębiej. Zapomniałam o tym na śmierć, bo przez ostatnie 20 lat nie miał kto mi czytać!

Na świecie istnieje tyle pięknych rzeczy – książki, filmy, gorąca czekolada, babcie. W życiu miałam (i mam) ogromne szczęście do babć, bo przypadły mi w udziale naprawdę wspaniałe, kochające i godne podziwu kobiety.

Niby proza, a jednak poezja

Spakowałyśmy dziś z Emilką zielony plecak i wybrałyśmy się na wyprawę do kina. Była jazda tramwajem, jeżdżenie po ruchomych schodach, chrupanie różnych niezdrowych rzeczy, seans „Jak wytresować smoka”, a na koniec grillowany dorsz z ryżem i kiszoną kapustą. Film trochę straszny, jak ma się 3 lata, ale można wytrzymać (jeśli mama trzyma za rękę). Okulary 3D za duże na małą główkę. Ale to przecież nie chodzi o żadne 3D, tylko o WYPRAWĘ, prawda?

Edukacja przez "sztukę"

Wzięłam się też w końcu za bardziej przemyślaną edukację „sedesową”. Doświadczenia ostatnich miesięcy pokazały jasno, co NIE DZIAŁA:

– ględzenie

– prawienie kazań

– grożenie

– obrażanie się

Dziś zaczęłam stosować nową metodę (a la Super Niania). Na lodówce zawisła tablica magicznych punktów. Za każde skuteczne użycie sedesu 1 lub 2 magiczne punkty. Po zebraniu 10 punktów nagroda specjalna do wyboru (wyprawa na karmienie kaczek, wyprawa na daleki plac zabaw, wspólne układanie bajek etc.)

I wiecie co, okazuje się, że nagrody są naprawdę skuteczniejsze od kar! I myślę, że to nie dotyczy tylko wychowywania dzieci.