Tamto lato

„Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” – a może Jezus miał jednak na myśli grę na gitarze? Ćwiczę pośród rozrzuconych kartek ze słowami, nutami, akordami i idzie najlepiej, gdy ręce na chwilę się zapomną, a już na pewno wtedy, jeśli trochę zapomną o sobie nawzajem.

Do porannej kawy ostatnia w tym roku jagodzianka („Więcej to nie będzie” oznajmia twardo dziewczyna z piekarni na rogu Filtrowej i Asnyka).

Wieczorem w planach ostatni (i pierwszy) w tym roku półmaraton, który nie wzbudza już niepokojów, ale miłe uczucie rozpoznania starego przyjaciela. Skądś wiem, że pobiegnę i wszystko generalnie będzie dobrze.

Często wskakuję na rozklekotane miejskie rowery, a potem z wiatrem we włosach i torebką przerzuconą przez ramię przemierzam stare i nowe warszawskie ścieżki. Jana Pawła. Świętokrzyska. Mińska. Grójecka. W parkach opadają rajskie jabłka, a między alejkami unosi się winny zapach przejrzałych mirabelek. Więcej to nie będzie, cytując dziewczynę z piekarni.

Zerkam na śliwki i brzoskwinie na miejskich straganach i myślę, że to właściwy czas na kilka słoików złotawo czerwonawych konfitur z naklejką „Tamto lato”.

Najciemniejszy tydzień w roku

Siedzę w fotelu przy włączonej lampie, choć jeszcze nie ma 10. Ostatnie łyki stygnącej kawy, na kolanach „Narzeczona Schulza” Agaty Tuszyńskiej i magazyny z przepisami świątecznymi. Na okładce książki szkic – kobieta z dumnie uniesioną brodą, wyraźnie zaznaczoną talią i torebką w dłoni. Obok mały,  skulony Schulz ze wzrokiem wbitym w chodnik. W tle małomiasteczkowa ulica.

image

Łatwiej czytać o kapuście z grzybami i wielowarstwowych kunsztownych ciastach  (przepis zaczyna się: Weź 10 jaj…), niż o tej kobiecie, która przez kilkadziesiąt lat w rubryce „stan cywilny” wpisywała „samotna”, a wspomnienia którymi dysponowała były raczej gorzkawe.

Juna to jakby zagubiona w czasoprzestrzeni jeszcze jedna siostra Bronte – skazana na wieczną prowincjonalność, złe sploty okoliczności i powolny rozpad.

Bul, bul, bul

I wpadliśmy w upały, jak w gotujące się leczo, bul, bul, bul. Moje nalewki zmieniają kolory. Z jeżynowo-porzeczkowej wydobywa się głębokie indygo. Z kawowo-cynamonowej karmelowe, stare złoto. Werbenowo-lubczykowa wpada w złotawą bladą zieleń. Zgodnie z przepisem, wstrząsam codziennie każdym słojem. Przyglądam się. Uśmiecham szeroko. Myślę, co dalej. Będzie jeszcze w tym roku nalewka z mirabelek. I z moreli. Może z pigwy, kto wie. I konfitura z krajowych brzoskwiń – widziałam dziś takie piękne na straganie, drobne, z nutą czerwieni na złocistopomarańczowej skórce. I z listkami. Tak – gotowanie to dla mnie teraz rodzaj malowania naturalnymi składnikami. Zabawa kolorem, fakturą, formą, nastrojem.

Podlewam rośliny. Ucinam schnące liście. Żal mi wyrzucać przekwitłe słoneczniki. Żal obrywać liście majeranku i mięty.

Taki jest właśnie ten upalny sierpień. Pełen gęstych, głębokich snów z których trudno się wyplątać na rozkaz budzika. Sny też są jak gotujące się konfitury, w których mieszają się doświadczenia minionych pór roku. Pod wpływem temperatury gęstnieją, zmieniają barwy, nabierają innego smaku. I nie wszystkie są takie znowu słodkie.

Jeśli zrobię w sierpniu nalewkę z mirabelek, to będzie gotowa dopiero w czerwcu przyszłego roku. Pewne rzeczy wymagają czasu, nie tylko nalewki.

wpid-20150804_174954.jpg