I znowu upłynęło

I znowu upłynęło wiele tysięcy stron – Lema, sir Arthura Conana Doyla, Knausgarda, Gombrowicza, kilka tomików poezji. Trzykrotnie spadł pierwszy śnieg – raz, gdy Donald Trump został prezydentem, raz gdy zmarł Leonard Cohen, a raz – tak sobie.

Gabriel Narutowicz z pewnego dystansu obserwował powiewające biało-czerwone flagi w Dzień Niepodległości. Plac, choć zatłoczony, był jakby pusty, a okrzyki brzmiały głucho. Poważne twarze aktorów na telebimie („Zobacz, Kmicic!”), poezja na ustach, deklinacja słowa „ojczyzna” (kto? co? ojczyzna, kogo czego mi żal? ojczyzny, komu czemu? ojczyźnie? po co? dlaczego teraz? jak długo? czemu tak?).

A w oddali huk rac i ten drugi marsz. Pies drży i odmawia wyjścia na popołudniowy spacer. Czuje widocznie wojnę w powietrzu, a wojna to za dużo dla małego psa.

Ja też wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję brązowego fotela, uzbrojona w kubek kawy i arsenał czarnych literek, a zamiast reportaży z wszystkich marszów, śledzę kolejne przygody Sherlocka Holmesa. Biało-czerwona flaga starannie zwinięta i umieszczona z honorami w garderobie, między hulajnogą a walizką.

We śnie dostaję parę krwistoczerwonych kolczyków, ale nie chcę ich przymierzyć, choć tak ładnie pasują do sukienki. Na jawie pierwszy śnieg trzykrotnie stopniał.

Nie-turystka

Nad Warszawą niskie deszczowe chmury, a ja albo przemierzam kolejne dzielnice z wycieczkami, albo biegnę wokół Pola Mokotowskiego słuchając przygód Sherlocka Holmesa, albo nagle zapadam w głęboki sen w samym środku dnia, co przecież nigdy, ale to nigdy mi się nie przytrafia. Sen wciąga mnie głęboko, głęboko, nie przynosząc żadnych snów, tylko rodzaj fizycznej ciężkości.

Chodzę po moim mieście jak turystka. Turystka-nie-turystka. Turystka, która nie przyjechała wczoraj i która nie planuje wyjazdu jutro, przemykając wzrokiem pobieżnie po kilku eksportowych zabytkach i wracając do swojego świata, którego nie zna w takim samym stopniu, jak nie zna niczego innego.

A wieczorami kolejne sztuki w ramach letniego festiwalu w Teatrze Dramatycznym, dłonie obolałe od braw, kilka łez na policzkach podczas tego czy innego przedstawienia, kilka głośnych wybuchów śmiechu. Rosnąca kolekcja programów teatralnych na półce.

W słoikach złociste konfitury (brzoskwinia, morela, jasna czereśnia), w butelkach soki (wiśnia i jagoda, porzeczka i jagoda). Długie rozmowy prowadzone przez komunikatory z przyjaciółmi.

Czubki pantofli

picsart_07-16-11.27.33.jpg

Odkrywam uroki spacerów miejskich z przewodnikiem (tak, tych samych, których unikałam jak ognia podczas kolejnych lat szkoły). Drepczę z mniej lub bardziej liczną grupką od budynku do budynku, kiwam głową, a gdy padają daty i nazwiska robię szczególnie skupioną minę, która ma mówić „tak, to jest właśnie prawdziwa historia!”

Jak w pierwszej księdze „Tytusa, Romka i Atomka”:

Zamek.
Zbudowany w XII wieku.
W XIII zniszczony.
W XIV odbudowany.
W XV spalony.
W XVI odrestaurowany.
W XVII zrujnowany.
W XVIII odremontowany.
W 1939 zbombardowany
W 1960 zrekonstruowany.
W czwartki wstęp wolny.

Tymczasem zawsze szukałam historii gdzieś między wierszami, niekoniecznie na pomnikach i wmurowanych tablicach.

Ale chodzę na te historyczne spacery, żeby wydobyć się z utartych szlaków i małych niewinnych codziennych rutynek, które stopniowo zamieniają w kamień od środka.

Po poważnym historycznym spacerze nie idę na obiad do „Wietnamca”, tylko odwiedzam enklawę azjatyckiej kuchni na szlaku warszawskiej gastronomii. I gdy czekam na mojego ulubionego kurczaka w cieście w sosie słodko-kwaśnym („kuciak w cieście”), myślę o jednym z pierwszych barów wietnamskich, który powstał w pawilonach na Nowym Świecie w latach 90, na długo przed tym, aż w okolicy pojawił się pierwszy kebab zwany Turkiem.  Myślę też o bliskich związkach kuchni wietnamskiej z warszawską kulturą studencką, o tysiącach sajgonków konsumowanych codziennie w trakcie trwania roku akademickiego przez kolejne roczniki.

A „Wietnamiec” z okolic placu Narutowicza mieści się w niewielkim pawilonie, ściany zdobią mu dwie tabliczki „ALKOHOL SZKODZI ZDROWIU” i „ZABRANIA SIĘ SPOŻYCIA PIWA W OBRĘBIE BARU” (czy jakoś tak). Obsługuje i gotuje ta sama osoba – szczupła Wietnamka po sześćdziesiątce. Wygląda jakoś tak swojsko, jakby mieszkała przy ul. Słupeckiej od urodzenia, podobnie jak jej matka, babka i prababka. Może tak zresztą było.

Ochota. Kto by pomyślał, że nie tak dawno hulał tu wiatr między nielicznymi cegielniami, składami drzewnymi i karczmą, gdzie mogli pożywić się ci, którzy woleli zjeść na przedmieściach, niż stołować się w drogiej stolicy.

O tych podróżnych myślę sobie właśnie jedząc mojego „kuciaka”, i o rogatkach jerozolimskich przy późniejszym placu Zawiszy, i o „Nowej Jerozolimie” – osiedlu dla ludzi, którzy chcieli (lub musieli) zacząć wszystko od początku.

Myślę też o tych międzywojennych architektach, którzy marzyli , żeby stworzyć miasto eleganckie, nowoczesne, funkcjonalne – prawdziwie „europejskie”. I o tym, że zaskakująco dużo z tych marzeń pozostało, w postaci modernistycznych kamienic i kolonii. A nie widzę ich wyłącznie dlatego, że wędruję przez moje miasto wpatrzona w dotykowy ekran smartfona i czubki własnych pantofli.