Kierunek: wiosna

Skowronki przyleciały trzy tygodnie wcześniej w tym roku, a razem z nimi marznące mżawki i szare chmury sunące po niebie. Wciągnęłam z garderoby parę kaloszy i zielony wełniany szalik. 

Fizycy potwierdzili istnienie fal grawitacyjnych, a ja dostałam 19 czerwonych róż i wypiłam drugi z trzech słoików kompotu z suszu. Kompot miał być na smutne zimowe wieczory, a został wypity w bardzo wesoły wieczór, w który skończyło się w domu całe jedzenie i picie, co zdarza się za każdym razem, gdy Emilka wyjeżdża na wakacje czy ferie.

Przeszłam na autorską dietę składającą się z owoców, jogurtu greckiego, płatków owsianych, pestek, suszonych żurawin, litrów czarnej kawy i potraw kuchni azjatyckiej.

Nocami okupuję bieżnię na pobliskiej siłowni, czując wyraźnie, jak każdy kolejny kilometr przybliża mnie do wiosny.

Koszmarki

Tej nocy zasnęłam natychmiast, wpadając w serię małych i banalnych koszmarków. Najpierw dostałam złe oceny z jakiegoś (gimnazjalnego?) testu końcowego. Same tróje, jedna czwórka. Oglądam tą pracę i widzę, jaki mam fatalny charakter pisma, chyba wcale się nie starałam, a tu proszę – pytania nie doczytałam. Czemu tak się spieszyłam?! I ten charakter pisma, fatalny, fatalny, no fatalny normalnie. Siadaj, pała, spodziewałam się więcej po tobie.

Potem jestem na bankiecie, na którym jest mnóstwo jedzenia. Stoję przy stole z deserami. Na nim piękne ciasta we wszystkich możliwych smakach i rodzajach. Wiem, że nie powinnam nic z tego jeść. Próbuję nałożyć coś na talerz, ale wszystko niszczę. Ciasta rozpadają się na kawałki, zamieniają w bezkształtną miazgę.

Budzę się z kroplami potu na czole i piaskiem pod powiekami. Cały pokój wypełniony ostrym, porannym słońcem.

wpid-picsart_1437546029754.jpg

Pozdrowienia z izolatki

Za nami deszczowo-śniegowa Wielkanoc – zmienna, strasząca to gradem, to wiatrem, to kilkoma grzmotami. A w tle mocna żółć forsycji, świeża zieleń żywopłotów i chmury odbijające się w głębokich kałużach. To już kaprysy wiosny, a nie ostatki zimy.

Wszyscy goście pojechali, a my z Emilką leniwie dojadamy ostatnie resztki z lodówki. Ja: czosnek, barszcz, ryba po grecku, jabłka. Emilka: kakao, grzanki, tuńczyk w puszce. Razem: ryż dmuchany, pistacje, jajka niespodzianki.  W tle lecą Muminki, kukiełkowe z lat 70. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie ten nowy kaszel i ta gorączka, i lekarz, który ma przyjechać jeszcze dziś wieczorem.

Ale nic to, choroby nie od dziś przedłużają nam święta. I w tym chorobowym odcięciu od świata, gdy wszystko zwalnia, a dzień mija w leniwym rytmie kolejnych spacerów z psem i przygotowywanych posiłków, odnajduję jakiś sens i spokój.

tove-jansson-mama-muminkow-b-iext12686848Skończyłam wreszcie zaczętą przed kilkoma miesiącami biografię Tove Jansson. Lektura, po której naturalne wydaje się bieganie po deszczu bez makijażu, w kaloszach i wytyczanie nowych szlaków na spacery z psem. Tove to jedna z tych bliskich mi kobiet-pisarek, jak Alice Munro, Agatha Christie czy Lucy Maud Montgomery, które pokazują świat z kobiecej perspektywy, zaprawionej lekką ironią i autoironią.

Niektórzy pytają, czy nie czuję się samotna, takim tonem, jakby pytali o wrzody żołądka. A tymczasem ja w tej samotności się grzeję, odpoczywam i rosnę. Dobrze mi w niej.

20150405_155519