(…) Zimą

Zimą Iwaszkiewicz, latem Iwaszkiewicz, jesienią też Iwaszkiewicz. Ten rok ogłaszam więc rokiem Iwaszkiewicza. Ponurawy to towarzysz, idealny na nocne ulewy i pierwsze wrześniowe katary. Listy i dzienniki pozwalają zanurzyć się w innym czasie, innym życiu, innych codziennych dramacikach. 17-letni Iwaszkiewicz napisał w dzienniku (dręczony katarem), że chyba jednak umrze. Nie umarł. W każym razie jeszcze nie wtedy.

Z kaszlącą Emilką oglądamy serial BBC „Merlin”, płaczę jak bóbr (lub stado bobrów) nad śmiercią dzielnego Lancelota, chociaż wcześniej pokpiwałam z jego teatralnej rycerskości. Opłakuję chyba tę skrajnie idealistyczną postawę, która skazana jest na wielowymiarową porażkę.

Nocą huczy jakaś wściekła ulewa, sen nie chce przyjść, a nadejście poranka nie wydaje się wcale tak oczywiste, jak zazwyczaj. Nad ranem ulewa ustaje, a poranek jednak nadchodzi.

(…) (Przyduszona katarem…)

Przyduszona katarem patrzę tępo w monitor. Mylę środy z poniedziałkami, gubię adresy i staram się nie dać opanować chłodnym myślom, ani porywistym wiatrom.

Wykreślam kolejne terminy z kalendarza, zostawiając to, co najważniejsze: pośpieszne spacery z psem, zakup minibagietek rustykalnych, tkwienie w fotelu i zbyt szybkie zapadnie w sen. A sen zagrania jak czarna dziura, albo beczka wypełniona smołą. Kto snuje w mojej głowie te senne przepychanki i trywialne historie zimowe?

To czas, w którym otwieram słoiki z konfiturami, będącymi jedynym dowodem na istnienie lata.

(…) (Wyciągnęłam z szafy…)

Wyciągnęłam z szafy zimowy płaszcz i sweter dla psa. Poranny spacer odbywam z nosem w szaliku i wszechogarniającym  przeczuciem nadchodzącego kataru. Cała nadzieja w tych małych pomarańczowych pastylkach, które usuwają objawy wszystkiego. Zimno narasta. Pies po spacerze zaszywa się gdzieś pod kołdrą i nie odprowadza mnie do drzwi.

image
Robert Henri, “Snow in New York”, 1902.