Grawitacja

Dzielę lokale na dwie kategorie.  Te, do których można wejść z psem i te do których nie można.  Do Starbucksa przy pl. Trzech Krzyży można. Piję więc poranną kawę,  a pies leży w nogach na swoim kocyku i drzemie. Przeganiam wspomnienie bezsenności o czwartej nad ranem i wściekłych kaszlów Emilki. Wyjątkowo silnie odczuwam dziś grawitację.

image

Szarańcza

Obrazek

Siedzę nad pustym kubkiem po kawie zimowej (mleko, miód, mielony cynamon wchodzący między zęby). Niedzielne śniadanie we Wrzeniu Świata kosztuje już 24 złote. Nawet w modelu „jesz ile chcesz” to za dużo, jak na moje poczucie przyzwoitości jadania na mieście. Ale amatorów z mniejszymi skrupułami nie brakuje. Z konsekwencją szarańczy konsumują kolejno jajecznicę, wędliny, sery, pomidory, pikle i inne dobra wyłożone na bufecie. Dokładki, dokładki, potem jeszcze miód, płatki z mlekiem, sałatka grecka, jogurt niskotłuszczowy, na koniec odrobina humusu. Powstają szatańskie międzykulturowe mieszanki śniadaniowe, których nikt zdrowy na żołądku nie strawi bezkarnie. Raczej. 

W tle tego śniadaniowego spektaklu bluesowe kawałki i rytmiczne uderzenia widelców o talerze, łyżeczek o spodki i zębów o zęby.

Podlewanie

Czuję się tak, jak bym w tym tygodniu przebiegła co najmniej półmaraton. Dopiero po naprawdę męczącym tygodniu odkrywam wspaniałość piątku. I ta radosna świadomość, że jutro rano nie czekają mnie żadne telefony, maile, służbowe spotkania, negocjacje i bieg do przedszkola na godzinę 8 rano! Za to czeka gorąca kąpiel z pianą i stos rozpoczętych książek. I stos nierozpoczętych. Kawa z przyjaciółką. Niech żyją małe, ciche piątkowe radości.

Powinnam się regularniej podlewać, bo mi przysychają gałązki. A może to po prostu nadchodząca zima?