Chybiona narzeczona

Siedem miesięcy zmagałam się z „Narzeczoną Schulza” Agaty Tuszyńskiej. Raz kupiłam ją sobie sama, raz dostałam w prezencie. Smętna historia emerytowanej muzy po przejściach, która żyła jeszcze pięć dekad po tym, jak faktycznie umarła. I ten nieuchwytny, drobny, przeklęty Bruno, równie fatalny za życia, jak po śmierci!

Jestem znużona tą literacką chybioną miłością, wolę wrócić do dusznych „Sklepów cynamonowych”, wolę przerzucać kartki w albumach i snuć własne opowieści.

Bliżej mi do Bruna, niż do jego usychającej narzeczonej.

(…)(Po usunięciu nowych form życia)

Po usunięciu nowych form życia z niesprzątanej od trzech dni kuchni, załadowaniu pralki i zmywarki, pozbieraniu fragmentów dziecięcej garderoby rozrzuconych w różnych miejscach mieszkania, mam siłę zasiąść w fotelu i patrzeć przed siebie, bo za oknem już ciemność.

Na żywopłotach pierwsze zalążki liści, a z nieba pada coraz bardziej deszcz, a coraz mniej śnieg.

Intensywna wymiana wiadomości z Hiszpanią ogrzewa to wczesne prawie-przedwiośnie. Kończę książki rozpoczęte jesienią, a potem porzucone w różnych miejscach mieszkania – przy łóżku, na poręczy fotela, gdzieś w gabinecie pod stosem papierów.

W nocy intensywne sny, w których gubię się, uciekam, albo siedzę w wyschniętej fontannie i jako pierwsza zauważam, że woda zaraz znów zacznie płynąć.

Najbardziej realna i trwała ze wszystkiego wydaje mi się sonata księżycowa Beethovena.

(…)(Pies znowu odmówił…)

Pies znowu odmówił wieczornego spaceru i poszedł spać po dobranocce. Ja mierzę gorączki i leczę smutki myśliwską suchą. Emilka w przerwach między kolejnymi dawkami ibuprofenu ogląda Gwiezdne Wojny.

Pracuję znów do późna, wracając do zapomnianych rytmów studenckich. Śnią mi się wychudłe koty i huczne zabawy sylwestrowe, których jestem obserwatorem.

Zaczęłam czytać tyle różnych książek, że nie mogę skończyć żadnej.