Hu hu ha, nasza zima

Drogi pamiętniku, śnieg zasypał nas na dobre. Odsalam moje kozaki chusteczkami z woskiem do pielęgnacji mebli drewnianych i czekam na dzień, w  którym budzik zadzwoni już po wschodzie słońca.

Emilka chce iść na tegoroczny bal w stroju Lorda Vadera, a w wolnych chwilach pracowicie przerysowuje roboty z kupionej z kieszonkowego Encyklopedii postaci Gwiezdnych Wojen  (tytuł zapewne przekręciłam).

Ja hoduję katar zatokowy i nadrabiam życiowe zaległości z fantastyki naukowej. Do snu kołysze mnie międzygalaktyczna pustka i te szalone małpoludy o zbyt wysokim mniemaniu o sobie.

Niespodziewany telefon spod Pirenejów, gdzie trwa właśnie pora deszczowa, a grzejniki są niewielkie i raczej symboliczne. Rwie się połączenie i pojawia mi się w głowie szalona myśl napisania listu  (kiedyś ludzie chyba tak robili, jak byli daleko od siebie?).

Pomiary wykonane przez bezduszną wagę łazienkową wprawiają mnie w przygnębienie.

Najciemniejszy tydzień w roku

Siedzę w fotelu przy włączonej lampie, choć jeszcze nie ma 10. Ostatnie łyki stygnącej kawy, na kolanach „Narzeczona Schulza” Agaty Tuszyńskiej i magazyny z przepisami świątecznymi. Na okładce książki szkic – kobieta z dumnie uniesioną brodą, wyraźnie zaznaczoną talią i torebką w dłoni. Obok mały,  skulony Schulz ze wzrokiem wbitym w chodnik. W tle małomiasteczkowa ulica.

image

Łatwiej czytać o kapuście z grzybami i wielowarstwowych kunsztownych ciastach  (przepis zaczyna się: Weź 10 jaj…), niż o tej kobiecie, która przez kilkadziesiąt lat w rubryce „stan cywilny” wpisywała „samotna”, a wspomnienia którymi dysponowała były raczej gorzkawe.

Juna to jakby zagubiona w czasoprzestrzeni jeszcze jedna siostra Bronte – skazana na wieczną prowincjonalność, złe sploty okoliczności i powolny rozpad.

Strach

Nie wzięłam książki do pociągu. Czytam burzowe chmury, brunatne zaorane pola i stada gołębi nad ogródkami działkowymi. Z czułością patrzę na rozsypujące się ceglane budynki dworcowe i kołyszące się na wietrze łyse gałęzie. Nad ranem padał grad, który przeszedł w ulewny deszcz, a potem zamilkł w pół kropli – jak by nigdy go nie było.

Tak, specjalnie nie wzięłam żadnej książki. Trzeci tom „Mojej walki” Knausgarda leży przy łóżku, zostało zaledwie kilkadziesiąt stron. Chciałabym nazwać tę część doskonałym studium dziecięcego strachu  (lub strachu w ogóle), ale to by była nieprawda lub też nie cała prawda. Jest tam też dzikość dzieciństwa, zdarte kolana, wyprawy na wysypiska i zadzieranie spódnic koleżankom z klasy. Ot życie ludzkie, które nigdy nie jest samym strachem, ani samą radością. Różne światy nakładają się na siebie, tworząc wielowarstwową mozikę.

Ale ten strach – niewidoczny i niezrozumiały z zewnątrz, niemożliwy do przekazania, żywy nawet wtedy, gdy jego sprawca od lat nie żyje – to ponury refren, bardzo ponury.

image