Wesele

„Od świętej Hanki zimne wieczory i ranki” – powtarza mój tata i, jak co roku, ma rację. Wyciągnęłam z dna szuflady rajstopy, a na poranny i wieczorny spacer z psem nie ruszam się bez kurtki. Wieje znów z północy. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu powietrze było ciężkie od upału.

Za mną kolejna pielgrzymka na bazar. Znów kupowałam zioła w doniczkach – curry, majeranek, tymianek, rozmaryn, poziomka, geranium, mięta. Lubimy się z panem od ziół takim miłym lubieniem bez słów, które pojawia się już przy pierwszej wymianie spojrzeń, a potem trwa bezterminowo.

Lubimy się też z właścicielką sklepiku przy moim domu, u której od trzech dni domawiam kolejne flaszki. Chyba pierwszy raz w swoim 32-letnim życiu kupowałam wódkę i spirytus. I gdy ja (ledwo żywa) siedzę przed monitorem, moje pierwsze nalewki spoczywają w szklanych słojach i słoikach, nabierając mocy i (mam nadzieję) smaku.

wpid-20150731_163949.jpgA dziś był dobry dzień na pędzenie nalewek. Po pierwsze – pełnia, w dodatku niebieska, która zdarza się raz na 27 miesięcy. Po drugie – celtyckie święto Lughnasadh, słowiańskie Wesele – czas rozpoczęcia żniw i wdzięczności za plony. We mnie ta wdzięczność pulsuje już od kilku dni, kiedy wędruję po straganach i dziwnie się wzruszam, widząc skrzynki dojrzałych owoców i warzyw. Wzruszam się też zrywając kolejne dojrzałe pomidorki z krzaczków stojących na parapecie. Wzruszam się patrząc na przekwitające słoneczniki, które wyhodowałam od nasionka i teraz widzę, jak powoli ich czas się kończy.  Naprawdę wzrusza mnie ten cykl wzrostu, dojrzewania, przemijania i odradzania się.

wpid-20150729_143006.jpgNie oglądam telewizji. Niewiele czytam. Myślę o doniczkach. O konfiturach z jeżyn i moreli. O zbieraniu mirabelek. O domowym occie z obierzyn i musie jabłkowym. Układam kompozycje z warzyw. Skoro już musiałam oszaleć, to w sumie dobrze, że w taki sposób.

wpid-picsart_1438093352388.jpg

Nie jestem wariatem, jestem samolotem

No i stało się. Połknęłam muchę. Wpadła wprost w moje usta, wdychające łapczywie wieczorne powietrze podczas biegu. Może to dlatego, że zagapiłam się na srebrną tarczę księżyca już-prawie-w-pełni, który wisiał na bezchmurnym niebie nad Filtrami. A może nie było przyczyn, tylko ciąg zbiegów okoliczności w życiu moim i muchy. Przecież gdyby tor mojego biegu przebiegał o te kilkanaście milimetrów w bok, albo gdyby mucha rozpoczęła lot parę sekund wcześniej lub później, nic by się nie stało. Ale stało się. Mucha zjedzona. Koniec i kropka.

wpid-picsart_1438267920481.jpgZ precyzją i wizją opętanego przynoszę do domu kolejne rośliny w doniczkach – drzewka cytrynowe, krzewy papryki i pomidora, zioła, zioła, zioła. Włóczę się po bazarach analizując ceny czarnej porzeczki, jeżyn i brzoskwiń. Organizuję samotne wyprawy do sklepów ogrodniczych w różnych częściach miasta. Zamawiam w internecie kwietniki, zielniki. Chyba tracę rozum. To przyjemny rodzaj szaleństwa, nie zamierzam go leczyć. Ma być zielono, barwnie, żywo. Ma pachnieć, rosnąć, rozwijać się.

Gotuję, traktując to jako coś z pogranicza malarstwa i alchemii. Kto wie – może mój kamień filozoficzny nie składa się z rtęci, siarki i wody, tylko z młodych kartofli, ogórków małosolnych i czerwonej papryki. A może z jeżyn i czarnej porzeczki. Nie wiem, szukam. Dam znać, jak znajdę.

wpid-20150730_085504.jpgwpid-picsart_1438268008192.jpg