Przyjdziecie jeszcze?

W domu kończą się dobra pierwszej potrzeby – kawa i tegoroczne jabłka. Sytuacja zaczyna być nieco groźna. Pies bezwstydnie wyłudza ode mnie nadprogramowe spacery, a każdy z nich ma sto zakrętów. Obiad jest dziś trzydaniowy – a na każde danie są lody. Przypadek?

Mrugam porozumiewawczo do Matki Boskiej w podwórkowej kapliczce i kłaniam rozciagniętym na rozgrzanym asfalcie dzikim kotom.

Gitara trzeszczy, krztusi się, postukuje, śmieje mi w nos.

Ale pani Stasia z domu opieki ociera łzę i mówi, że to boli, że ciężko, że przypomina – i w płacz. I wiem, że to właśnie ta nieco szalona kobieta poczuła, że mnie boli, że ciężko, że przypomina. „Mordeczko moja!” Mówi i chwyta za ramię. „Mogę z wami zostać?”

Siedzimy w domu opieki w ogrodzie zalanym słońcem, jemy kwaśne śliwki, gramy, śpiewamy.

„Tato, wiesz kto przyszedł?”

Ma zagubiony i zakłopotany wzrok, ale się cieszy.

„Przyjdziecie jeszcze?” Upewnia się.

(…)(Po usunięciu nowych form życia)

Po usunięciu nowych form życia z niesprzątanej od trzech dni kuchni, załadowaniu pralki i zmywarki, pozbieraniu fragmentów dziecięcej garderoby rozrzuconych w różnych miejscach mieszkania, mam siłę zasiąść w fotelu i patrzeć przed siebie, bo za oknem już ciemność.

Na żywopłotach pierwsze zalążki liści, a z nieba pada coraz bardziej deszcz, a coraz mniej śnieg.

Intensywna wymiana wiadomości z Hiszpanią ogrzewa to wczesne prawie-przedwiośnie. Kończę książki rozpoczęte jesienią, a potem porzucone w różnych miejscach mieszkania – przy łóżku, na poręczy fotela, gdzieś w gabinecie pod stosem papierów.

W nocy intensywne sny, w których gubię się, uciekam, albo siedzę w wyschniętej fontannie i jako pierwsza zauważam, że woda zaraz znów zacznie płynąć.

Najbardziej realna i trwała ze wszystkiego wydaje mi się sonata księżycowa Beethovena.

Końce, początki, coś pomiędzy

Mróz. Pies odmawia wieczornych spacerów, już po pierwszych kilku sekundach robiąc w tył zwrot i żądając natychmiastowego powrotu do domu.

Ja zapadam się w fotel z kubkiem cappuccino, słucham leniwego jazzu i pozwalam myślom śledzić smugi światła padające na szczyty sąsiednich kamienic. Potem obserwuję pulsujące rytmy choinkowych światełek ledowych, wiedząc, że już niedługo lampki trafią do pudełka na wielomiesięczne zesłanie, a gwieździe betlejemskiej zaczną opadać liście.

Pomiędzy końcem a początkiem dużo przestrzeni dla literatury.