Strach

Nie wzięłam książki do pociągu. Czytam burzowe chmury, brunatne zaorane pola i stada gołębi nad ogródkami działkowymi. Z czułością patrzę na rozsypujące się ceglane budynki dworcowe i kołyszące się na wietrze łyse gałęzie. Nad ranem padał grad, który przeszedł w ulewny deszcz, a potem zamilkł w pół kropli – jak by nigdy go nie było.

Tak, specjalnie nie wzięłam żadnej książki. Trzeci tom „Mojej walki” Knausgarda leży przy łóżku, zostało zaledwie kilkadziesiąt stron. Chciałabym nazwać tę część doskonałym studium dziecięcego strachu  (lub strachu w ogóle), ale to by była nieprawda lub też nie cała prawda. Jest tam też dzikość dzieciństwa, zdarte kolana, wyprawy na wysypiska i zadzieranie spódnic koleżankom z klasy. Ot życie ludzkie, które nigdy nie jest samym strachem, ani samą radością. Różne światy nakładają się na siebie, tworząc wielowarstwową mozikę.

Ale ten strach – niewidoczny i niezrozumiały z zewnątrz, niemożliwy do przekazania, żywy nawet wtedy, gdy jego sprawca od lat nie żyje – to ponury refren, bardzo ponury.

image

Zanim świat się skończy

Zanim świat się skończy, może jednak zrobię jeszcze kilka słoików kompotu ze śliwek. Obejrzę kolejny odcinek „Prokuratora” w TVP2, nagrany specjalnie z myślą o wolnym piątkowym wieczorze. Wybiorę się na jesienny bazar. Wezmę długą kąpiel. Pobiegnę w jeszcze jednych zawodach. Będę z psem tropić jesień na naszych codziennych spacerowych szlakach. Pierwszy raz po wakacjach zajrzę do teatru. Może nawet zbiorę się na odwagę i dokończę „Narzeczoną Schulza” , bo chwilowo uciekłam na bezpieczniejsze wody „Dziennika roku Węża” Piotra Siemiona.

Wchodząc w nową książkę, rozmawiając z dawno niewidzianym przyjacielem, łapiąc czyjeś spojrzenie w pociągu czy obserwując małego pająka na krzaku bazylii w kuchni – czuję, że żyję. To życie zgodne z wewnętrznym rytmem, w którym znaczenie ma układ chmur na niebie, zimny powiew wiatru o 6:23 na porannej przechadzce z psem, czy smak tegorocznych jabłek. Liczy się śledzenie faz księżyca i troska o żółknące liście domowego butelkowca.

To takie małe, kwantowe odpryski codzienności, które układają się we własne porządki i dają mi poczucie głębokiego, acz paradoksalnego sensu. Być może chodzi o to, że życie jest sensem samym w sobie, nie potrzebującym dodatkowych uzasadnień.

Wesele

„Od świętej Hanki zimne wieczory i ranki” – powtarza mój tata i, jak co roku, ma rację. Wyciągnęłam z dna szuflady rajstopy, a na poranny i wieczorny spacer z psem nie ruszam się bez kurtki. Wieje znów z północy. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu powietrze było ciężkie od upału.

Za mną kolejna pielgrzymka na bazar. Znów kupowałam zioła w doniczkach – curry, majeranek, tymianek, rozmaryn, poziomka, geranium, mięta. Lubimy się z panem od ziół takim miłym lubieniem bez słów, które pojawia się już przy pierwszej wymianie spojrzeń, a potem trwa bezterminowo.

Lubimy się też z właścicielką sklepiku przy moim domu, u której od trzech dni domawiam kolejne flaszki. Chyba pierwszy raz w swoim 32-letnim życiu kupowałam wódkę i spirytus. I gdy ja (ledwo żywa) siedzę przed monitorem, moje pierwsze nalewki spoczywają w szklanych słojach i słoikach, nabierając mocy i (mam nadzieję) smaku.

wpid-20150731_163949.jpgA dziś był dobry dzień na pędzenie nalewek. Po pierwsze – pełnia, w dodatku niebieska, która zdarza się raz na 27 miesięcy. Po drugie – celtyckie święto Lughnasadh, słowiańskie Wesele – czas rozpoczęcia żniw i wdzięczności za plony. We mnie ta wdzięczność pulsuje już od kilku dni, kiedy wędruję po straganach i dziwnie się wzruszam, widząc skrzynki dojrzałych owoców i warzyw. Wzruszam się też zrywając kolejne dojrzałe pomidorki z krzaczków stojących na parapecie. Wzruszam się patrząc na przekwitające słoneczniki, które wyhodowałam od nasionka i teraz widzę, jak powoli ich czas się kończy.  Naprawdę wzrusza mnie ten cykl wzrostu, dojrzewania, przemijania i odradzania się.

wpid-20150729_143006.jpgNie oglądam telewizji. Niewiele czytam. Myślę o doniczkach. O konfiturach z jeżyn i moreli. O zbieraniu mirabelek. O domowym occie z obierzyn i musie jabłkowym. Układam kompozycje z warzyw. Skoro już musiałam oszaleć, to w sumie dobrze, że w taki sposób.

wpid-picsart_1438093352388.jpg