(…) (Wypełzam)

Wypełzam spod kołdry na coraz dłuższe spacery z psem po Starej Ochocie. Z uchylonych okien płyną zapachy niedzielnych żeberek i schabowych, a ja w ramach poszukiwania życiowej odmiany skręcam w lewo, zamiast w prawo. Zaglądam do pozłoconych suszą ogrodów. Fotografuję, chyba że nie mam odwagi (tak było z tą starszą panią, która siedziała na ławce w parku w towarzystwie melancholijnego psa). Po południu robię wypad aż do Śródmieścia z „Traktatem o łuskaniu fasoli’ Myśliwskiego pod pachą. Na śniadanie, obiad i kolację jem dziś chleb z masłem i pomidorem. Przez telefon słucham z niepokojem kaszlu Emilki, który jest tak samo paskudny, jak był.

wpid-picsart_1440345611913.jpg

Julie

Budzę się, gdy pot na moim czole zaczyna się skraplać i spływać na skronie. Powietrze w sypialni gęste i ciężkie. Promienie słońca przenikające przez każdą wolną przestrzeń między zasłonami a firankami tworzą na podłodze i łóżku drgające wzory. Poranna gra światła i cienia. Upał. Upał. Upał.

Stawiam stopy na ciepłej, drewnianej podłodze. Ścieram pot z czoła. Dzień dobry niedzielo, siódmy dniu morderczych upałów. Oby w tramwajach i autobusach szumiała dziś klimatyzacja. Oby ta dziewczyna, którą widziałam rano śpiącą w parku na środku trawnika ze zsuniętymi spodniami znalazła bezpieczną drogę do domu.

Wczoraj, na tej samej „psiej” trasie, widziałam starszą kobietę na balkonie patrzącą gdzieś w przestrzeń. Zupełnie jak Julia, która stała na swoim balkonie o te 60 lat za długo. A może właśnie tyle, ile trzeba.

Zobaczyłam też Julię w tej dziewczynie zwiniętej na trawniku. O dziwo, nie wyglądała wulgarnie, raczej krucho i tragicznie.

Gęsto

Pół siedzę, pół leżę na granicy słońca i cienia. Grzeję się jak jaszczurka. Nasiąkam światłem i czerwcowym wiatrem. Czas jest dziś gęsty, lepki, a niebo bardzo niebieskie. Myśli też w konsystencji półpłynngo miodu. Z nikim nie rozmawiam, nigdzie nie dzwonię. Wchłaniam ciepło.

Czego to ja nie zaplanowałam na te dni!  Dwie wizyty w teatrze, dwie w kinie, dwa treningi i jedne zawody biegowe, napisanie eseju i życie, życie, bardzo dużo życia.

A czas gęstnieje i rozciąga się leniwie. Czuję lekkie pieczenie rozgrzanej słońcem skóry na łydkach. Po stole skacze wróbel.