Światła

Jeszcze tylko kilka warstw
Szalik czapka buty płaszcz
A na przejściu wciąż czerwone
Nie przejdę na drugą stronę

A na głowie popiół
A na głowie kurz
A na głowie szelest liści
A w tej głowie siwe myśli

Znów zielone światło
Teraz już iść łatwo
By do przodu znowu gnać
Trzeba najpierw w miejscu trwać

Nie ma już na co oczekiwać

Niedzielne zawieszenie, polegające na obserwowaniu promieni słonecznych prześwitujących między pędzącymi chmurami i odbijających się w licznych kałużach. To światło nie daje jeszcze ciepła, ale jest wyraźnym sygnałem dla ptaków i przebiśniegów. I dla mnie.

Na śniadanie kroję w plastry zielony ogórek, przypominając sobie dawne oczekiwanie na pierwsze ogórki i pierwsze pomidory. Teraz już nie ma na co oczekiwać, zawsze na świecie w jakimś miejscu dojrzewają ogórki i można je przywieźć w rejony, gdzie kiedyś w październiku śpiewało się „Adio pomidory”. Trochę mi żal tego utraconego oczekiwania, ale nie aż tak, żeby z lutowych ogórków zrezygnować.

Z roku na rok coraz wcześniej pojawiają się stoiska z tulipanami i trudno je jakoś bezpośrednio powiązać z wiosną. Niemniej jednak cieszą oko głębokie czerwienie, fiolety, żółcie, zielenie na tle szarych chodników i szarych chmur.

W niedzielę puls mi zwalnia, stawiam też krótsze kroki i nie biegnę, by zdążyć na ostatnie sekundy migającego zielonego światła na przejściu dla pieszych.

Nocne i poranne deszcze zostawiają po sobie rozległe kałuże i błotniste przestrzenie, w których widać skrawki szarego nieba. Wilgoć przenika przez wszystkie warstwy ubrania, trafia nawet do wnętrza czarnych kaloszy. Tym bardziej cieszą momenty spędzone tam, gdzie jest sucho i ciepło.