Notatki z wewnętrznej emigracji (by nie rzec, uchodźctwa)

Ech, te niedzielne ciągi czytelnicze, gdy na obiad jem półdojrzałe śliwki węgierki, a na drugie śniadanie twaróg z absolutnie aspołeczną ilością cebuli. Wychodzę na rutynowe patrole z psem, a potem zaszywam się pod kołdrą, opierając plecy o misternie ułożoną wieżę z poduszek. I czytam, czytam, czytam, zerkając kątem oka na firanki drgające od wrześniowego wiatru. Wrzucam na siebie dżinsy i buty sportowe, idę polować na pieczone ziemniaki przy pl. Konstytucji. Dziś nie demonstruję, dziś czytam. Czytam. Czytam.

Trzeba było sobie odpuścić

Niskie chmury nad Warszawą. Ziewam i przeciągam się już trzeci dzień z rzędu. Wciąż dochodzę do siebie po tym szalonym XXV Biegu Powstania Warszawskiego, na który pędziłam z rozwianym (i przemoczonym) włosem wprost ze spóźnionego pociągu relacji Toruń-Warszawa. Dotarliśmy na stację w momencie, gdy rozległ się wystrzał wzywający do startu. Ale spokojnie. Udało się. W ciemnościach, w błocie, a nawet pod ostrzałem. Tym razem miałam łzy w oczach na samym początku biegu. Tak, dotarłam tu i biegnę – chociaż nic nie wskazywało na to, że się uda. Deszcz. Deszcz. Deszcz. Błoto. Ciemność. Ale biegnę. Na mecie wpadłam po kostki w błoto. Wodę podawaną na trasie w końcu wylałam sobie na głowę. Nie wzięłam przydziałowego banana. Szłam przed siebie tam, gdzie moje stopy znajdowały w ciemnościach najmniej mokrą i zabłoconą przestrzeń.

„Trzeba było sobie odpuścić” – mówiły różne osoby, ale ja bardzo, ale to bardzo nie lubię sobie odpuszczać. Odpuszczam, jak już zrobię to, co zamierzyłam. Ale nie wcześniej. To może nie być za pierwszym podejściem, ani za drugim, ani za trzecim. Ale odpuszczę dopiero na mecie.

bpw15_01_gbs_20150725_212705_3

(…) (warczenie)

Dzisiejszego poranka wycie psów zignorowali już wszyscy – Emilka, pięcioosobowa rodzina z wielkogłowym niemowlęciem, rodzina rowerzystów, która wróciła z kolejnego objazdu okolicy grubo po tym, jak na niebie pojawiły się pierwsze nietoperze. Psy zignorowali również tajemniczy mieszkańcy pokoju nr 1, z którymi wiecznie się rozmijam i których istnienie potwierdza jedynie cień szczupłej męskiej sylwetki widziany w drzwiach raz czy dwa.

Cisza. Zaparzam kawę rozpuszczalną Starbucks. Dzielę liczbę pozostałych saszetek przez trzy (piątek, sobota, niedziela) i okazuje się, że mogę spokojnie pozwolić sobie na dwie kawy dziennie. Zatem jest dobrze. Popijam kawą przedostatnią tabletkę przeciw alergii i słucham pierwszych hałasów dobiegających z pokoju rodziny z niemowlęciem. No proszę – święta matka Polka blondynka warczy na jedno z dzieci. I tak była dzielna roztaczając aurę spokoju i świętości przez bite dwie doby, budząc u mnie lekki podziw z dodatkiem cienia wyrzutów sumienia i, jednak, ironii.

Ale prawa urlopu są nieubłagane. Przebywanie na niewielkiej przestrzeni bez uziemienia, jakie daje codzienna rutyna, prędzej czy później generuje energię elektryczną. I tak możemy być z siebie dumni, szczury pozabijałyby się znacznie szybciej.

Pojawienie się napięcia jest nieuniknione, a jednocześnie trzeba być zadowolonym i rozluźnionym, bo to przecież długo wyczekiwany urlop, prawda?

Piję kawę. Święta rodzina powarkuje. Rodzina rowerzystów śpi. Niebo dziś wściekle niebieskie – będzie upał.

image