Piesenka

Siedzisz sobie na przystanku
I niewiele dzieje się
Myślisz o tym, lub o tamtym
Tylko nie o małym psie

Ale życie, jak to życie
Czasem tak to właśnie jest
Że choć ty o psie nie myślisz
To o tobie myśli pies

Nie wie tego twoja głowa
Ale serce dobrze wie
To nie ty przygarniesz psa
Ale on przygarnie cię

I w te ciemne złe poranki
Gdy tak trudno z łóżka wstać
Wstaniesz jednak, klnąc pod nosem
Znowu spacer, … mać

Czy istnieje w świecie miłość
Teraz dobrze wiem już ja
Mieszka tam gdzie wyłupiaste
Zezowate oczy psa

Krzywe łapy, żółte zęby
Rodowodu raczej brak
Lecz jednego jesteś pewny
Nikt cię nie pokocha tak

Czasem życie to nie bajka
Kto to lepiej wie niż ty
Tak naprawdę to komplement
Gdy się mówi „zszedł na psy”

I przychodzi taki moment
Co z tym człowiek zrobić ma
Że niestety to już koniec
I pożegnać trzeba psa

Tu nie każdy cię zrozumie
Mówią: to był tylko pies
Jednak ty wyraźnie czujesz
Że umiera twoja część

I znowu upłynęło

I znowu upłynęło wiele tysięcy stron – Lema, sir Arthura Conana Doyla, Knausgarda, Gombrowicza, kilka tomików poezji. Trzykrotnie spadł pierwszy śnieg – raz, gdy Donald Trump został prezydentem, raz gdy zmarł Leonard Cohen, a raz – tak sobie.

Gabriel Narutowicz z pewnego dystansu obserwował powiewające biało-czerwone flagi w Dzień Niepodległości. Plac, choć zatłoczony, był jakby pusty, a okrzyki brzmiały głucho. Poważne twarze aktorów na telebimie („Zobacz, Kmicic!”), poezja na ustach, deklinacja słowa „ojczyzna” (kto? co? ojczyzna, kogo czego mi żal? ojczyzny, komu czemu? ojczyźnie? po co? dlaczego teraz? jak długo? czemu tak?).

A w oddali huk rac i ten drugi marsz. Pies drży i odmawia wyjścia na popołudniowy spacer. Czuje widocznie wojnę w powietrzu, a wojna to za dużo dla małego psa.

Ja też wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję brązowego fotela, uzbrojona w kubek kawy i arsenał czarnych literek, a zamiast reportaży z wszystkich marszów, śledzę kolejne przygody Sherlocka Holmesa. Biało-czerwona flaga starannie zwinięta i umieszczona z honorami w garderobie, między hulajnogą a walizką.

We śnie dostaję parę krwistoczerwonych kolczyków, ale nie chcę ich przymierzyć, choć tak ładnie pasują do sukienki. Na jawie pierwszy śnieg trzykrotnie stopniał.

(…)(Pies znowu odmówił…)

Pies znowu odmówił wieczornego spaceru i poszedł spać po dobranocce. Ja mierzę gorączki i leczę smutki myśliwską suchą. Emilka w przerwach między kolejnymi dawkami ibuprofenu ogląda Gwiezdne Wojny.

Pracuję znów do późna, wracając do zapomnianych rytmów studenckich. Śnią mi się wychudłe koty i huczne zabawy sylwestrowe, których jestem obserwatorem.

Zaczęłam czytać tyle różnych książek, że nie mogę skończyć żadnej.