Pięć minut

​Ciężkie, gęste chmury. Spotykam je rano w Warszawie, po południu w Opolu i wieczorem znowu w Warszawie. Wagon restauracyjny kołysze do snu, a ja czuję jakiś wściekły głód. Podczytuję zbiór listów Tove Jansson, towarzysząc jej w kolejnych podróżach  (Francja, Włochy) i czekając na wybuch drugiej wojny. Myślę o małych, skalistych wysepkach gdzieś na chłodnych północnych akwenach i ostrym wietrze.

I o innych podróżach, których na razie nie odbędę, chyba żeby uwzględnić eskapady myślowe.

W pendolino krucho z zasięgiem. Stoimy w polu. Co kilka stron przymykam książkę, zapadam w lekki półsen. Wreszcie pociąg rusza, a ja zasypiam głęboko, głęboko… na całe pięć minut.

Notatki nadmorskie

W Gdańsku mieszkałam w Golden Tulip – perle czterogwiazdkowej architektury obozowej. Zunifikowane i ponumerowane  baraki – apartamentowce, brukowane alejki, siatka, szlabany. Z mojego apartamentu widok na dwa dźwigi do nieba i budowę kolejnych baraków. Warkot pracujących betoniarek, szum samochodów na ulicy Piastowskiej. W pobliżu barek z kuchnią meksykańską, automaty do gier, stoisko z plastikowymi kapeluszami i kuferkami z motywami morskimi, wyprodukowanymi w Chińskiej Republice Ludowej.

Gładka tafla morza, sycylijski błękit nieba, na plaży emeryci i rodziny 500+ zabarykadowani za wielobarwnymi parawanami.

Rowerzyści śmigają w kierunku Westerplatte, ja biegnę wymijając wózki z niemowlętami i oddycham coraz ciężej i ciężej, by czerwona i mokra wrócić do luxbaraku i słuchać kojącego szumu betoniarek.

image

image

Strach

Nie wzięłam książki do pociągu. Czytam burzowe chmury, brunatne zaorane pola i stada gołębi nad ogródkami działkowymi. Z czułością patrzę na rozsypujące się ceglane budynki dworcowe i kołyszące się na wietrze łyse gałęzie. Nad ranem padał grad, który przeszedł w ulewny deszcz, a potem zamilkł w pół kropli – jak by nigdy go nie było.

Tak, specjalnie nie wzięłam żadnej książki. Trzeci tom „Mojej walki” Knausgarda leży przy łóżku, zostało zaledwie kilkadziesiąt stron. Chciałabym nazwać tę część doskonałym studium dziecięcego strachu  (lub strachu w ogóle), ale to by była nieprawda lub też nie cała prawda. Jest tam też dzikość dzieciństwa, zdarte kolana, wyprawy na wysypiska i zadzieranie spódnic koleżankom z klasy. Ot życie ludzkie, które nigdy nie jest samym strachem, ani samą radością. Różne światy nakładają się na siebie, tworząc wielowarstwową mozikę.

Ale ten strach – niewidoczny i niezrozumiały z zewnątrz, niemożliwy do przekazania, żywy nawet wtedy, gdy jego sprawca od lat nie żyje – to ponury refren, bardzo ponury.

image