Serwisowanie

Byłam dziś w serwisie, to znaczy w SPA. Starto z mojej twarzy ostatnie tygodnie, wymasowano plecy i ramiona, pomalowano paznokcie na kolor trawiasto zielony. Kosmetyczka kiwała głową nad moimi przemęczonymi oczami, masażystka nad napietymi plecami i szyją, a ja nie kiwałam niczym, tylko leżałam plackiem i wracałam stopniowo do ludzkiej postaci. Szalony luty w tempie PRESTO, z zniedoleczonym zapaleniem gardła, katarem i (to najgorsze) absolutnym brakiem czasu na czytanie literatury pięknej. I brzydkiej też. Nie liczę książek „służbowych”, których przewinęło się kilka i to nie byle jakich.

Czy ja potrafię i chcę żyć nieco wolniej? Grunt, to nie przekraczać cienkiej granicy, za którą już nie ma się siły na radość życia i szukanie w lutowej ulewie pierwszych oznak wiosny.

Zapisałam się w marcu na warsztat tańca i masaż czekoladą.

Bilans między wielkimi projektami i małymi radościami uważam za zachowany.

Sukcesy i sukcesiki

Emilka w tym tygodniu nauczyła się śpiewać dwie kolędy, piosenkę o Mikołaju, napisała i wysłała list do tegoż, ubrała przedszkolną choinkę, nauczyła się swojej roli w Jasełkach i wyleczyła ząb u dentysty. Mogę jej tylko pozazdrościć tylu sukcesów. Ja nic nie wyleczyłam, za to się rozchorowałam. Kolęd wciąż nie umiem śpiewać.

Ale, z drugiej strony, też mam się czym pochwalić. Dałam przecież radę, prawda? Im bliżej się przyglądam mijającemu tygodniowi, tym więcej znajduję rzeczy do pochwały. Tak, Olu – zrobiłaś kawał dobrej roboty, pomimo zapalenia zatok i generalnego przemęczenia.

Czasem mam wrażenie, że żyję w jednym wielkim chaosie. Czasem czuję, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda, a moje działania przynoszą efekty, chociaż nie zawsze takie i nie zawsze tam, gdzie myślałam.

Najwięcej radości i satysfakcji przynoszą mi spotkania z ludźmi. Miałam ich w ostatnich dniach kilka. Przeprowadziłam trzy wywiady – dwa z menedżerami zespółu (Agnieszką Zientkowską i Wojciechem Małkusem), jeden z Dorotą Szóstkiewicz, dyrektor Regionalnego Centrum Likwidacji Szkód. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy kochają to, co robią, mają błysk w oku i zależy im na innych ludziach – to wewnętrznie rosnę. Takich ludzi było w tym tygodniu wielu.

Chciałabym mieć więcej czasu i energii na taniec, czytanie, chciałabym mieć kiedy (i za co) zrobić doktorat. Chciałabym częściej spotykać się z przyjaciółmi. Takie myśli pojawiają mi się pod koniec roku, kiedy przymierzam się do spisania magicznej listy celów na 2012 r.

A na koniec wystąpienie posła do Europarlamentu Godfreya Blooma. To mój nowy idol i patron planu oszczędnościowego: