Nie-turystka

Nad Warszawą niskie deszczowe chmury, a ja albo przemierzam kolejne dzielnice z wycieczkami, albo biegnę wokół Pola Mokotowskiego słuchając przygód Sherlocka Holmesa, albo nagle zapadam w głęboki sen w samym środku dnia, co przecież nigdy, ale to nigdy mi się nie przytrafia. Sen wciąga mnie głęboko, głęboko, nie przynosząc żadnych snów, tylko rodzaj fizycznej ciężkości.

Chodzę po moim mieście jak turystka. Turystka-nie-turystka. Turystka, która nie przyjechała wczoraj i która nie planuje wyjazdu jutro, przemykając wzrokiem pobieżnie po kilku eksportowych zabytkach i wracając do swojego świata, którego nie zna w takim samym stopniu, jak nie zna niczego innego.

A wieczorami kolejne sztuki w ramach letniego festiwalu w Teatrze Dramatycznym, dłonie obolałe od braw, kilka łez na policzkach podczas tego czy innego przedstawienia, kilka głośnych wybuchów śmiechu. Rosnąca kolekcja programów teatralnych na półce.

W słoikach złociste konfitury (brzoskwinia, morela, jasna czereśnia), w butelkach soki (wiśnia i jagoda, porzeczka i jagoda). Długie rozmowy prowadzone przez komunikatory z przyjaciółmi.

O 22

Co robię o godz. 22 w Drugi Dzień Świąt? Pasteryzuję słoiki i wlewam do nich wrzący kompot z suszu. Starcza na trzy słoiki, akurat na trzy melancholijne zimowe wieczory, gdy wzywanie ducha Bożego Narodzenia okaże się nieodzowne. Zamykam te święta siedząc w fotelu z nogami na ulubionym podnóżku i wdychając zapach suszonych śliwek, jabłek, gruszek.

I wszystko układa się w spójną symfonię – silny wiatr znad Morza Śródziemnego, peruwiańscy Indianie na Placu Zamkowym, ukraińscy treserzy gołębi pocztowych i niezwykle krótkie łóżko króla Stanisława Augusta  (rekonstrukcja, oryginał nie doczekał). Przeglądam się w wypolerowanych królewskich zwierciadłach, puszczam oko do marmurowych satyrów i czuję w powietrzu zapach upływającego czasu.

Chmurne niebo ma dziś barwy jak z obrazów Canaletta. Widzę w głowie obrazy, które mogłyby powstać. Choćby „Widok na most Poniatowskiego od strony Palmy”, czy coś.

image

Deszcze niespokojne

Pigwowiec, mango,  granaty, tarnina, żurawina, aronia, gruszki, gruszki, gruszki. Listopadowy bazar błyszczy w ulewnym deszczu. Mokną warkocze czosnku i nawleczone na nitkę suszone grzyby. Krople dzwonią o blaszane dachy straganów. Niebo opada coraz niżej i niżej.

A u mnie jak zwykle porządek walczy z chaosem. Papiery giną i odnajdują się. Konfitury z mango bulgoczą w garnku przez trzy wieczory, a czwartego dnia lądują w słoikach. Słoje na nalewki zapełniają się. Kuchenny pająk krzyżak snuje swoje sieci pod sufitem.

Rozpoczęte książki czekają na pierwszy od wielu dni wolny wieczór.