Strach

Nie wzięłam książki do pociągu. Czytam burzowe chmury, brunatne zaorane pola i stada gołębi nad ogródkami działkowymi. Z czułością patrzę na rozsypujące się ceglane budynki dworcowe i kołyszące się na wietrze łyse gałęzie. Nad ranem padał grad, który przeszedł w ulewny deszcz, a potem zamilkł w pół kropli – jak by nigdy go nie było.

Tak, specjalnie nie wzięłam żadnej książki. Trzeci tom „Mojej walki” Knausgarda leży przy łóżku, zostało zaledwie kilkadziesiąt stron. Chciałabym nazwać tę część doskonałym studium dziecięcego strachu  (lub strachu w ogóle), ale to by była nieprawda lub też nie cała prawda. Jest tam też dzikość dzieciństwa, zdarte kolana, wyprawy na wysypiska i zadzieranie spódnic koleżankom z klasy. Ot życie ludzkie, które nigdy nie jest samym strachem, ani samą radością. Różne światy nakładają się na siebie, tworząc wielowarstwową mozikę.

Ale ten strach – niewidoczny i niezrozumiały z zewnątrz, niemożliwy do przekazania, żywy nawet wtedy, gdy jego sprawca od lat nie żyje – to ponury refren, bardzo ponury.

image

Eh, raz, jeszczo raz, Jeszczo mnogo, mnogo raz! 

Drugi z trzech biegów Grand Prix Żoliborza. 10 km na Bulwarze Wiślanym. Jest nas niewiele, za to sami mistrzowie świata. Ledwo wybrzmiał wystrzał, a już straciłam z oczu większość biegaczy. Zostaliśmy w tyle ze starszym mężczyzną ze świszczącym oddechem i jakąś parą  (jej buzia się nie zamyka). Nie wiem, co gorsze – ten dusznicowy świst (fiiiii yhhhh fiiiii yhhhh) , czy potok słów dziewczyny w szortach (bla bla bla, bla bla, bla, bla bla). Przyśpieszam. Biegnę kilkadziesiąt metrów za dziewczyną w różowej bluzce, przegonię ją na siódmym kilometrze. Łapię rytm. Nawierzchnia betonowa, równa jak deska do prasowania. Tęsknię do trawy i piachu pod stopami, ale moje buty na pewno nie. Po nawrotce przy moście Gdańskim, kierujemy się na północ, wreszcie widok na Wisłę. Szarobłękitny nurt, dzikie ptaki w zaroślach – kocham cię, moja piękna rzeko warszawska. Na północy elektrociepłownia Żerań, a po lewej słońce zmierza ku zachodowi gdzieś między Bemowem a Włochami.
Zdejmuję kolejne warstwy ubrania – najpierw krwisto czerwoną wiatrówkę, potem bluzę i zostaję w koszulce bez rękawów. Nie czuję chłodnego wiatru.
Przecinam metę lekko zdyszana. Ktoś wkłada mi medal na szyję.
Jakiś czas po mnie kończy bieg starszy mężczyzna ze świszczącym oddechem. Ma pierwsze (z 2) miejsce w kategorii M70. Wszyscy bijemy mu brawo.
I znowu koniec. Czas do domu. Do następnego razu.
image

Zabieganie o…

Z żadnego biegu nie rezygnowałam tyle razy, co z tego. Po raz ostatni gdzieś w okolicach 5 nad ranem, gdy zbudził mnie jeden z dzikich ataków kaszlu Emilki, zgrywający się z szumem ulewy za oknem. – Za nic nie pobiegnę, za nic – pomyślałam i znów zapadłam w sen. Śniły mi się moje piękne buty biegowe zanurzające się raz po raz w głębokim błocie. – Nigdzie nie biegnę, o nie!
Obudziłam się na dobre koło 7. Deszcz przycichł. – No dobrze, może jednak trochę pobiegnę. Najwyżej nie dobiegnę.

Trzy godziny później byłam już w miasteczku biegowym za Kępą Potocką, leniwe popijając kawę i czując, jak adrenalina powoli przybiera mi w żyłach, mieszając się z kofeiną. Tak, uwielbiam ten moment wkrótce przed startem, gdy tłum gęstnieje, a ciało napina się w oczekiwaniu. Jak będzie? Czy dam radę?

Wystrzał zaskoczył mnie. Ruszyłam nagle, nierówno i jeszcze długo potem szukałam rytmu. Sznurówka mi się rozwiązała. Oddech zgubił. Dlaczego, na Boga, nie wybrałam dystansu 5 km? Nigdy, ale to nigdy nie pobiegnę w żadnym półmaratonie, mowy nie ma!
A potem wybiegłam na jakąś polanę tuż nad brzegiem Wisły i było tak pięknie, że dech zapierało. Zapach płynącej rzeki, młodych pokrzyw, wilgotnego mułu – mieszanka, którą chętnie zamówiłabym w charakterze perfum. Biegnę dalej, wdychając kolejno pojawiające się zapachy. Wczorajszego ogniska, piwa z butelki, młodych brzóz, błota, nocnego deszczu i porannej mgły. Wreszcie odnajduję swój rytm na ten bieg.

Po 7 kilometrze oddech znów jest pewny i lekki. Jeszcze tylko przeskoczyć przez powalone drzewo, podbiec na niewielkie wzniesienie, kilometr na prostej, zakręt i już widać metę. Przyśpieszam z całych sił. Dziękuję, Boże, za ten chłodny powiew na ostatnim kilometrze (czułam, jakby był specjalnie dla mnie), który zmienił się w majowy deszcz. To był piękny bieg!
image