Czas na nic

Kwiecień upłynął pod znakiem Ważnych Spraw, takich jak na przykład maraton. Ważność rzuciła cień na inne sfery, co zaowocowało kurzem na książkach, brudnymi naczyniami w zlewie, nieustającymi zaległościami w praniu. Dziś pierwszy raz od tygodni nie nastawiłam budzika.  Co prawda obudził mnie pies o 5:50 domagając się spaceru, ale formalnego budzika nie było. Naczynia trafiły do zmywarki, pranie do pralki, a ja na mój porzucony fotel, gdzie sączę pierwsze od dawna domowe cappuccino i ślizgam wzrokiem po literkach. Uznajmy to za powrót do czegoś na kształt normalności, która wymaga regularnych dawek lenistwa i obserwowania ptaków z oknem.

Końce, początki, coś pomiędzy

Mróz. Pies odmawia wieczornych spacerów, już po pierwszych kilku sekundach robiąc w tył zwrot i żądając natychmiastowego powrotu do domu.

Ja zapadam się w fotel z kubkiem cappuccino, słucham leniwego jazzu i pozwalam myślom śledzić smugi światła padające na szczyty sąsiednich kamienic. Potem obserwuję pulsujące rytmy choinkowych światełek ledowych, wiedząc, że już niedługo lampki trafią do pudełka na wielomiesięczne zesłanie, a gwieździe betlejemskiej zaczną opadać liście.

Pomiędzy końcem a początkiem dużo przestrzeni dla literatury.

(…) (Pierwszy raz od sierpnia…)

Pierwszy raz od sierpnia wszystkie słoje na nalewki stoją puste. A może jednak nie są puste – napełniają je wspomnienia tego, co je kiedyś wypełniało i oczekiwanie na to, co je jeszcze może wypełnić. Możliwości jest nieskończoność. Ale teraz cisza, spokój, listopadowy sen.

Tymczasem z południa napłynęło absurdalnie letnie powietrze. Białe, puchate obłoki przepychają się z chmurami deszczowymi w odcieniach głębokiej szarości, co jakiś czas przepuszczając ostre promienie słońca. Całą noc lało, by dopiero nad ranem się wyciszyć. Teraz paruje ziemia i gnijące liście, kołyszą się gołe gałęzie. Przy ul. Asnyka spotykam zagubionego dzięcioła.

Śnią mi się szalone psy husky i spłoszone sarny. Jakieś nieczytelne wiersze na marginesach.

Na jawie przerzucam nieuważnie kartki książek, nie mogąc znaleźć właściwej literatury na tę konkretną jesień. Literatura dzieje się sama.