(…) (25 października…)

25 października odzyskałam moją zaginioną jesienną godzinę snu i wypiłam ostatni słoik kompotu z wiśni. Popołudnie spędzone pod kocem z kryminałem w ręku, czyli na jeden z moich ulubionych sposobów spędzania niedziel.

Jesienny strój do biegania sprawdza się dobrze. Wczoraj zachód słońca nad Polem Mokotowskim, a niebo czarne od gawronów, które przyleciały z dalekiej północy z triumfalnym „kraaaaaaa”. Przeprosiłam się też z moją drogą siłownią, gdzie monotonne kilometry na bieżni umilam sobie krwawymi kryminałami płynącymi z pomarańczowych słuchawek.

To jest naprawdę dobra jesień, choć zdarza się, że nie mogę zasnąć i z pewnym niepokojem obserwuję ciemność za oknem. We śnie konie i psy na leśnej drodze, drewniana chata cała w pajęczynach.

66c147042317792abcb8fceb9be61d3f

Szalony październiku

Szalony październiku, nie nadążam za tobą. Słońce wschodzi coraz później, a rano na wyschłej trawie osadza się szron. Nieprzeczytane książki piętrzą się na nocnej szafce. Przepraszam, przepraszam. Nie teraz, może jutro, a może na Wszystkich Świętych. Nie to, że nigdy. Raczej.

Naprawdę nie wiem, kiedy nastawiłam kolejną partię jesiennych nalewek  (gruszka+pigwa, żurawina+śliwka, kawa+miód lipowy) i ostatni garnek konfitur  (węgierki, winogrona, maliny, borówki, skórka cytrynowa).

image

A na weekend zaplanowałam dużo patrzenia w sufit i szeleszczenia liśćmi w parku.

image

Gęsto

Pół siedzę, pół leżę na granicy słońca i cienia. Grzeję się jak jaszczurka. Nasiąkam światłem i czerwcowym wiatrem. Czas jest dziś gęsty, lepki, a niebo bardzo niebieskie. Myśli też w konsystencji półpłynngo miodu. Z nikim nie rozmawiam, nigdzie nie dzwonię. Wchłaniam ciepło.

Czego to ja nie zaplanowałam na te dni!  Dwie wizyty w teatrze, dwie w kinie, dwa treningi i jedne zawody biegowe, napisanie eseju i życie, życie, bardzo dużo życia.

A czas gęstnieje i rozciąga się leniwie. Czuję lekkie pieczenie rozgrzanej słońcem skóry na łydkach. Po stole skacze wróbel.