1 listopada

Na górze róże, na dole proch
Niecały miesiąc, a jakby rok
Spadają liście, zapada mrok
W alejkach szum,
W alejkach tłok.

Tu były róże, i nie ma róż
Tu trwało życie, nie ma życia już

Opadły liście, szczerniała ziemia
Niedawno tu byłeś
I już Cię nie ma.

To chyba koniec
Kurtyna
Pass
Została pamięć
I doktor czas.

Dzień dobry, tato

Dzień dobry, tato
Co ty na to
Żebyśmy poszli do Bliklego
Na jednego
Ostatniego

Dzień dobry, tato
Kolejny raz
Przestawiliśmy w nocy czas
Żebyś mógł chwilkę dlużej spać

Dzień dobry tato,
Twoje zdrowie
I pierś do przodu
I mimo chłodu
Uśmiech, i lato
Dzień dobry, tato!

O 22

Co robię o godz. 22 w Drugi Dzień Świąt? Pasteryzuję słoiki i wlewam do nich wrzący kompot z suszu. Starcza na trzy słoiki, akurat na trzy melancholijne zimowe wieczory, gdy wzywanie ducha Bożego Narodzenia okaże się nieodzowne. Zamykam te święta siedząc w fotelu z nogami na ulubionym podnóżku i wdychając zapach suszonych śliwek, jabłek, gruszek.

I wszystko układa się w spójną symfonię – silny wiatr znad Morza Śródziemnego, peruwiańscy Indianie na Placu Zamkowym, ukraińscy treserzy gołębi pocztowych i niezwykle krótkie łóżko króla Stanisława Augusta  (rekonstrukcja, oryginał nie doczekał). Przeglądam się w wypolerowanych królewskich zwierciadłach, puszczam oko do marmurowych satyrów i czuję w powietrzu zapach upływającego czasu.

Chmurne niebo ma dziś barwy jak z obrazów Canaletta. Widzę w głowie obrazy, które mogłyby powstać. Choćby „Widok na most Poniatowskiego od strony Palmy”, czy coś.

image