Normalni nienormalni

„Nieskończona historia” w reżyserii Piotra Cieplaka w Teatrze Powszechnym. Symfonia na jedną kamienicę i dwanaście banalnych-niebanalnych życiorysów. Dwie beretowe staruszki, kobieta w ciąży, para, nauczyciel rysunku, kierowniczka domu pogrzebowego, dziewczyna z McDonald’sa, emeryt, suczka, kierownik karetki, diabeł z makatki i przewodnik chóru. Choć każdy czuje się solistą, w rzeczywistości ma do zagrania tylko kilka nut. Te wszystkie skrawki utworów tworzą jednak pewną artystyczną całość. Ale nie ma dyrygenta, nie ma kompozytora, symfonia pisze się sama z urywków snów, strzępków rozmów, resztek wspomnień i codziennych nawyków. Z chaosu wyłania się dziwaczny, paradoksalny porządek ludzkiego życia.

Czy każdy z nas nie jest czasem (albo i zawsze) postacią rodem z Witkacego? Komicznie tragiczną i tragicznie komiczną, wielką i małą, szaloną i szablonową? Tak twierdzi reżyser „Nieskończonej historii”. I przekonuje, że w tym szaleństwie jest metoda. I piękno.

Obrazek

Róża

Mgliste poranki, słoneczne popołudnia i coraz chłodniejsze noce. Pełnia warszawskiej jesieni. Jedziemy dziś na grób babci Emilii i Józia. To dobra okazja do krótkich rozmów o wieczności z Emilką. – Dlaczego zmarli nas widzą, a my nie widzimy ich? – pyta mnie Emilka, a ja nie bardzo wiem, jak na to uczciwie odpowiedzieć. W końcu mówię, że nie wiadomo do końca jak to jest z tymi zmarłymi. Ja czuję, że babcia w jakimś sensie jest ze mną. Nawet jeśli to tylko (aż) sens genetyczny. Jest też tylko (aż) w mojej pamięci. – EmilKo, nie wiem czy babcia nas widzi, ale wiem na pewno, że jest w twoim imieniu, w twoich lekcjach pianina, w wieczornym czytaniu książek, w Twojej samodzielności i w obrażaniu się też.

Emilce takie wyjaśnienie wystarcza. – Kupmy dziś babci Emilce najpiękniejszą różę!

Kupimy, oczywiście.

Wy sobie, ku***, nie myślcie

Wieczór spędzony na gali AVIVA. Gośćmi honorowymi byli Wojciech Pszoniak i Urszula Dudziak. Sala pełna bardzo vipowatych VIP-ów, szampan, karczochy, Marcin Prokop i paraolimpijczycy. Ciekawa zbieranina. Wojciech Pszoniak robił na tym tle wrażenie przybysza z obcej planety, Urszula Dudziak również. I bardzo mi się ta planeta podobała.

Najbardziej utkwiły mi w pamięci dwie historie. Wojciech Pszoniak opowiadał o tym, jak zdawał egzaminy na warszawską Akademię Teatralną. Komisja oblała go. Największe sławy polskiego teatru orzekły, że Pszoniak nie ma wrażliwości, za to ma wadę wymowy i brak talentu. Na to Pszoniak wykrzyknął „Wy sobie, ku***, nie myślcie, że ja nie zostanę aktorem!”. I został. Jednym z najwybitniejszych.

Druga historia dotyczy pobytu Urszuli Dudziak w Nowym Yorku. Miała tam trzech kolejnych „coachów” od śpiewania i każdy z nich orzekł, że ma złą emisję głosu i generalnie nie powinna śpiewać w ogóle. A ona stwierdziła, za Frankiem Sinatrą, że będzie śpiewać, aż się nauczy. I śpiewa już 40 lat. Nota bene chciałabym TAK wyglądać, kiedy będę miała 68 lat…

Nie dajmy sobie zabierać marzeń, nawet kiedy po drodze musimy się przeciwstawiać wszystkim wielkim autorytetom tego świata.