Tyle wściekłości

We śnie miałam wyłamane zamki. Do przedpokoju wpadły dwie osoby – mężczyzna i kobieta, krzycząc: Gdzie jest motocyklista? Nic nie wiedziałam o motocykliście.  – Lepiej sobie przypomnij – warknęła kobieta, uderzając mnie otwartą dłonią prosto w twarz. A ja poczułam gigantyczną, nieludzką wściekłość. – Jesteś tylko postacią z mojego snu, dlatego cię zniszczę. I zepchnęłam ją ze schodów, biłam po twarzy i potem obserwowałam, jak leży nieruchomo w kałuży krwi. Nie było triumfu, nie było ulgi. Tylko zdziwienie, że mam w sobie tyle.wściekłości. Potem scena się rozmyła, a ja wpadłam w kolejne niespokojne sny.

(…) (Deszcz pada…)

Deszcz pada naprzemiennie z lekkim śniegiem. Zakładam kalosze do kożcha,  a wieczorem zasypiam kilkanaście sekund po przyłożeniu głowy do poduszki. Śni mi się czarna kulka niezwykle ciężkiej materii i to jest koszmar. Innej nocy jestem asystentką początkującego przedsiębiorcy.

Wieczorami słuchamy z Emilką w nieskończoność tej samej opowieści o pilocie Pirxie, za każdym razem zapadając w sen po kilku minutach i obiecując sobie, że jutro będzie inaczej.

Książki leżą opuszczone przy łóżku, czekając na łaskawszy czas. Bo teraz najważniejszy jest sen.

Pod siedmioma kołdrami

Na wieczornym spacerze czuję zapach lekkiego mrozu i palących się liści. Aromat łączy zimę z jesienią, latarnie świecą blado, a nad Filtrami zalega bardzo dziś czarna ciemność. Tracę w ostatnich dniach poczucie czasu, zapadając się w melancholijne pieśni, albo po prostu we własny świat. Wszystko rozszerza się w czasie – mycie włosów, sączenie kawy, przecieranie blatów, rozwieszanie prania. I nagle jest już prawie 23. Pies śpi od dawna, Emilka czyta spokojnie „Magiczne drzewo”, a ja robię wszystko na raz z nutą obłędu w oku. Obłęd szybko traci impet, a ja zasypiam pod siedmioma kocami i siedmioma kołdrami… Śni mi się księżyc cienki jak fortepianowa struna.