Trzy dni to za mało

Na wieczornym spacerze marzną mi dłonie, co mnie cieszy, bo jest niejasnym wspomnieniem o zimie. Czuję wiatr we włosach i na czubkach uszu.

Te święta zaczęły się dla mnie gdzieś w połowie listopada, gdy weszłam pewnego chłodnego poranka do Starbucksa przy pl. Trzech Krzyży i usłyszałam którąś z amerykańskich kolęd w wykonaniu Franka Sinatry. Zapadłam się potem w fotel z kubkiem kawy w ręku czując, że właśnie tu i teraz zaczynam świętować, i jeszcze długo długo nie przestanę. Trzy dni świąt to za mało – potrzeba mi na to wielu tygodni, a może wręcz całego życia?

A potem nastąpiły te najciemniejsze dni w roku, gdy wstawanie o 6 jest psychologiczną niemożliwością. Wyprawy na bazar w deszczowe dni i śledzenie chmur na niebie. Ostre słońce, poranne mżawki i saharyjskie wiatry. Chwile powagi i niepowagi. Smak żurawinowej konfitury na języku.

6 dni do Wigilii

Grudniowy bazar w drobnym deszczu. Krążę między dębowymi beczkami z kapustą, stosami mandarynek i suszonych owoców. Zapach wędzonych śliwek przenosi mnie gdzieś w lata 80. Wtedy śliwki suszone były twarde jak kamienie. Trzeba było długo trzymać w ustach, a potem delikatnie obgryzać uważając na pestkę. Dymny zapach długo zostawał na opuszkach palców.

Pod pachą mam silikonową stolnicę zwiniętą w lepki rulonik, formę do pierogów i tortownicę z przykrywką. Omijam szerokim łukiem jacuzzi dla karpi, czuję krople deszczu na czole i policzkach.

W głowie układam różne smakowe kompozycje  (pieczone buraki z mango?) i myślę, że to będą bardzo dobre święta.

Najciemniejszy tydzień w roku

Siedzę w fotelu przy włączonej lampie, choć jeszcze nie ma 10. Ostatnie łyki stygnącej kawy, na kolanach „Narzeczona Schulza” Agaty Tuszyńskiej i magazyny z przepisami świątecznymi. Na okładce książki szkic – kobieta z dumnie uniesioną brodą, wyraźnie zaznaczoną talią i torebką w dłoni. Obok mały,  skulony Schulz ze wzrokiem wbitym w chodnik. W tle małomiasteczkowa ulica.

image

Łatwiej czytać o kapuście z grzybami i wielowarstwowych kunsztownych ciastach  (przepis zaczyna się: Weź 10 jaj…), niż o tej kobiecie, która przez kilkadziesiąt lat w rubryce „stan cywilny” wpisywała „samotna”, a wspomnienia którymi dysponowała były raczej gorzkawe.

Juna to jakby zagubiona w czasoprzestrzeni jeszcze jedna siostra Bronte – skazana na wieczną prowincjonalność, złe sploty okoliczności i powolny rozpad.