Chybiona narzeczona

Siedem miesięcy zmagałam się z „Narzeczoną Schulza” Agaty Tuszyńskiej. Raz kupiłam ją sobie sama, raz dostałam w prezencie. Smętna historia emerytowanej muzy po przejściach, która żyła jeszcze pięć dekad po tym, jak faktycznie umarła. I ten nieuchwytny, drobny, przeklęty Bruno, równie fatalny za życia, jak po śmierci!

Jestem znużona tą literacką chybioną miłością, wolę wrócić do dusznych „Sklepów cynamonowych”, wolę przerzucać kartki w albumach i snuć własne opowieści.

Bliżej mi do Bruna, niż do jego usychającej narzeczonej.

Jesienny ogród sztuk

Włóczymy się z Emilką po różnych warsztatach. Dziś na przykład „Czy można pokochać śmieci?” w Nowym Wspaniałym Swiecie. Można pokochać, słowo honoru. To, co wydaje się odpychające i niepotrzebne, może okazać się twórcze i rozwojowe.

Bez nawozu w ogrodzie najlepiej rosną chwasty!

Zauważam u siebie nauczycielsko-warsztatowe odruchy. Lubię prowadzić grupy, brakuje mi tego.

Jutro wybieram się na trzygodzinne zajęcia „Proces twórczy„, na których nie mam pojęcia co się będzie działo. I bardzo mnie to cieszy. Ostatnio lubię sama siebie zaskakiwać.

Ząb zupa zębowa

Emilka ma za sobą kolejny rytuał przejścia – pierwszą wizytę u dentysty. Trzy dziury do leczenia! Sytuację ratują różowe plomby. Obserwujemy niecierpliwie pączki na drzewach. Wdychamy poranne słońce. Przestawiamy się na wiosenny czas. A ja delektuję się najnowszą książką Malcolma Gladwella („Co widział pies„) i udaję, że nie jest mi zimno w wiosennej skórzanej kurtce. Pani w przedszkolu kazała nam przynieść wiosenny kwiatek w doniczce. Moja powieść leży nieruszona, co optymistycznie nazywam „dojrzewaniem”. Dojrzewanie brzmi lepiej niż „zaleganie”, prawda?