(…) (warczenie)

Dzisiejszego poranka wycie psów zignorowali już wszyscy – Emilka, pięcioosobowa rodzina z wielkogłowym niemowlęciem, rodzina rowerzystów, która wróciła z kolejnego objazdu okolicy grubo po tym, jak na niebie pojawiły się pierwsze nietoperze. Psy zignorowali również tajemniczy mieszkańcy pokoju nr 1, z którymi wiecznie się rozmijam i których istnienie potwierdza jedynie cień szczupłej męskiej sylwetki widziany w drzwiach raz czy dwa.

Cisza. Zaparzam kawę rozpuszczalną Starbucks. Dzielę liczbę pozostałych saszetek przez trzy (piątek, sobota, niedziela) i okazuje się, że mogę spokojnie pozwolić sobie na dwie kawy dziennie. Zatem jest dobrze. Popijam kawą przedostatnią tabletkę przeciw alergii i słucham pierwszych hałasów dobiegających z pokoju rodziny z niemowlęciem. No proszę – święta matka Polka blondynka warczy na jedno z dzieci. I tak była dzielna roztaczając aurę spokoju i świętości przez bite dwie doby, budząc u mnie lekki podziw z dodatkiem cienia wyrzutów sumienia i, jednak, ironii.

Ale prawa urlopu są nieubłagane. Przebywanie na niewielkiej przestrzeni bez uziemienia, jakie daje codzienna rutyna, prędzej czy później generuje energię elektryczną. I tak możemy być z siebie dumni, szczury pozabijałyby się znacznie szybciej.

Pojawienie się napięcia jest nieuniknione, a jednocześnie trzeba być zadowolonym i rozluźnionym, bo to przecież długo wyczekiwany urlop, prawda?

Piję kawę. Święta rodzina powarkuje. Rodzina rowerzystów śpi. Niebo dziś wściekle niebieskie – będzie upał.

image

Gęsto

Pół siedzę, pół leżę na granicy słońca i cienia. Grzeję się jak jaszczurka. Nasiąkam światłem i czerwcowym wiatrem. Czas jest dziś gęsty, lepki, a niebo bardzo niebieskie. Myśli też w konsystencji półpłynngo miodu. Z nikim nie rozmawiam, nigdzie nie dzwonię. Wchłaniam ciepło.

Czego to ja nie zaplanowałam na te dni!  Dwie wizyty w teatrze, dwie w kinie, dwa treningi i jedne zawody biegowe, napisanie eseju i życie, życie, bardzo dużo życia.

A czas gęstnieje i rozciąga się leniwie. Czuję lekkie pieczenie rozgrzanej słońcem skóry na łydkach. Po stole skacze wróbel.

Ostateczności

Lipcowe upały wyjątkowo lipcowe i wyjątkowo upalne w tym roku. Mamy coś na kształt wakacji, ale dziwne to wakacje. Dziadek Tadeusz leży na kardiologii w Kielcach i czeka na Operację (przez bardzo duże „O”). Wszyscy wokół na różne sposoby tracimy głowy i nawet sami nie zauważamy, że stajemy się innymi ludźmi. Wszyscy po swojemu chorujemy na serce, walczymy o życie i o siebie samych też.

Ze sprawami ostatecznymi zderza się codzienność – wysypka Emilki, praca, zajęcia z jogi, lepsze lub gorsze kryminały czytane w wannie, poszukiwania lokatora do nagle opuszczonego pokoju, espresso we „Wrzeniu świata”.

W sobotę jedziemy z Emilką na Wschód, z nadzieją na kilka dni oddechu i regeneracji (ja) oraz zbierania mailin i sadzenia roślin różnorakich w babcinym ogrodzie (Emilka).