(…) (warczenie)

Dzisiejszego poranka wycie psów zignorowali już wszyscy – Emilka, pięcioosobowa rodzina z wielkogłowym niemowlęciem, rodzina rowerzystów, która wróciła z kolejnego objazdu okolicy grubo po tym, jak na niebie pojawiły się pierwsze nietoperze. Psy zignorowali również tajemniczy mieszkańcy pokoju nr 1, z którymi wiecznie się rozmijam i których istnienie potwierdza jedynie cień szczupłej męskiej sylwetki widziany w drzwiach raz czy dwa.

Cisza. Zaparzam kawę rozpuszczalną Starbucks. Dzielę liczbę pozostałych saszetek przez trzy (piątek, sobota, niedziela) i okazuje się, że mogę spokojnie pozwolić sobie na dwie kawy dziennie. Zatem jest dobrze. Popijam kawą przedostatnią tabletkę przeciw alergii i słucham pierwszych hałasów dobiegających z pokoju rodziny z niemowlęciem. No proszę – święta matka Polka blondynka warczy na jedno z dzieci. I tak była dzielna roztaczając aurę spokoju i świętości przez bite dwie doby, budząc u mnie lekki podziw z dodatkiem cienia wyrzutów sumienia i, jednak, ironii.

Ale prawa urlopu są nieubłagane. Przebywanie na niewielkiej przestrzeni bez uziemienia, jakie daje codzienna rutyna, prędzej czy później generuje energię elektryczną. I tak możemy być z siebie dumni, szczury pozabijałyby się znacznie szybciej.

Pojawienie się napięcia jest nieuniknione, a jednocześnie trzeba być zadowolonym i rozluźnionym, bo to przecież długo wyczekiwany urlop, prawda?

Piję kawę. Święta rodzina powarkuje. Rodzina rowerzystów śpi. Niebo dziś wściekle niebieskie – będzie upał.

image

Z puszczy

Trzeciego dnia urlopu boli mnie już praktycznie wszystko. Do tej pory bolały głównie nogi, ale po kąpieli w chłodnym jeziorze i rundce na rowerze wodnym w kształcie łabędzia po okolicznych akwenach – bolą też ramiona, szyja, a ból pulsuje po całym ciele.

Między dziesięciokilometrowymi biegami po puszczy zapadam się w książkę, albo w miękki koc. Przysypiam. Śni mi się, że leżę w czółnie dryfującym między trzcinami.

Dziś na małej leśnej dróżce gdzieś w środku puszczy spłoszyłam wielkiego drapieżnego ptaka. Siedział na gałęzi może dwa, trzy metry nad ziemią i wzbił do lotu. Jego rozłożone brązowe skrzydła zajmowały całą ścieżkę. Światło padało na niego z góry, a ja poczułam wzruszenie.

image

Piękny piątek

Uff, jestem taka wymiętoszona, że ledwo siedzę przed komputerem. A wymiętosiłam się na własne życzenie w niezwykle miłych okolicznościach przyrody. Wybrałyśmy się z Emilką na koncert folkowego zespołu Beltaine. Przez półtorej godziny tańczyłyśmy ile sił w nogach (i rękach i brzuchach i wszystkim) i dowlokłyśmy się do domu grubo po 21. Dziecko padło trzy minuty po przyłożeniu głowy do poduszki. Ja chyba zaraz pójdę w jej ślady. Czytaj dalej