W którymś momencie 

W którymś momencie można już tylko poukładać rozrzucone ubrania, zmyć makijaż, przenieść kilka talerzy do zmywarki, zamknąć jedną książkę, otworzyć inną, patrzeć na litery z pewną tępą obojętnością – jak by się czytało menu w barze szybkiej obsługi i uznać, że ten ciąg czynności to jest właśnie życie.

Można też wsłuchać się w oddech śpiącego psa  (na granicy ciszy), w rytmiczne uderzenie owadziego ciała o jakąś płaską powierzchnię  (ściana? klosz lampki nocnej?) i czuć, że  właśnie dziś wynalazło się zupełnie od nowa i z niczego uczucie smutku.

Można wdychać nocne powietrze, słuchać odległego szumu samochodów na ulicy Grójeckiej, płynnie przeskoczyć myślami gdzieś na początek ubiegłego stulecia i poczuć w sobie głęboką czułość dla tej dzielnicy, dla tego miasta.

Jechałam dziś tramwajową linią turystyczną z przewodnikiem ubranym w mundur. Przewodnik wyrzucał z siebie do mikrofonu fakty i anegdoty, wagonikiem zarzucało od gwałtownych przyśpieszeń, a mi brakowało w tym właśnie czułości i jakiegoś głębszego oddechu, który jest niezbędny do obcowania z prawdą.

Nie-turystka

Nad Warszawą niskie deszczowe chmury, a ja albo przemierzam kolejne dzielnice z wycieczkami, albo biegnę wokół Pola Mokotowskiego słuchając przygód Sherlocka Holmesa, albo nagle zapadam w głęboki sen w samym środku dnia, co przecież nigdy, ale to nigdy mi się nie przytrafia. Sen wciąga mnie głęboko, głęboko, nie przynosząc żadnych snów, tylko rodzaj fizycznej ciężkości.

Chodzę po moim mieście jak turystka. Turystka-nie-turystka. Turystka, która nie przyjechała wczoraj i która nie planuje wyjazdu jutro, przemykając wzrokiem pobieżnie po kilku eksportowych zabytkach i wracając do swojego świata, którego nie zna w takim samym stopniu, jak nie zna niczego innego.

A wieczorami kolejne sztuki w ramach letniego festiwalu w Teatrze Dramatycznym, dłonie obolałe od braw, kilka łez na policzkach podczas tego czy innego przedstawienia, kilka głośnych wybuchów śmiechu. Rosnąca kolekcja programów teatralnych na półce.

W słoikach złociste konfitury (brzoskwinia, morela, jasna czereśnia), w butelkach soki (wiśnia i jagoda, porzeczka i jagoda). Długie rozmowy prowadzone przez komunikatory z przyjaciółmi.

Czubki pantofli

picsart_07-16-11.27.33.jpg

Odkrywam uroki spacerów miejskich z przewodnikiem (tak, tych samych, których unikałam jak ognia podczas kolejnych lat szkoły). Drepczę z mniej lub bardziej liczną grupką od budynku do budynku, kiwam głową, a gdy padają daty i nazwiska robię szczególnie skupioną minę, która ma mówić „tak, to jest właśnie prawdziwa historia!”

Jak w pierwszej księdze „Tytusa, Romka i Atomka”:

Zamek.
Zbudowany w XII wieku.
W XIII zniszczony.
W XIV odbudowany.
W XV spalony.
W XVI odrestaurowany.
W XVII zrujnowany.
W XVIII odremontowany.
W 1939 zbombardowany
W 1960 zrekonstruowany.
W czwartki wstęp wolny.

Tymczasem zawsze szukałam historii gdzieś między wierszami, niekoniecznie na pomnikach i wmurowanych tablicach.

Ale chodzę na te historyczne spacery, żeby wydobyć się z utartych szlaków i małych niewinnych codziennych rutynek, które stopniowo zamieniają w kamień od środka.

Po poważnym historycznym spacerze nie idę na obiad do „Wietnamca”, tylko odwiedzam enklawę azjatyckiej kuchni na szlaku warszawskiej gastronomii. I gdy czekam na mojego ulubionego kurczaka w cieście w sosie słodko-kwaśnym („kuciak w cieście”), myślę o jednym z pierwszych barów wietnamskich, który powstał w pawilonach na Nowym Świecie w latach 90, na długo przed tym, aż w okolicy pojawił się pierwszy kebab zwany Turkiem.  Myślę też o bliskich związkach kuchni wietnamskiej z warszawską kulturą studencką, o tysiącach sajgonków konsumowanych codziennie w trakcie trwania roku akademickiego przez kolejne roczniki.

A „Wietnamiec” z okolic placu Narutowicza mieści się w niewielkim pawilonie, ściany zdobią mu dwie tabliczki „ALKOHOL SZKODZI ZDROWIU” i „ZABRANIA SIĘ SPOŻYCIA PIWA W OBRĘBIE BARU” (czy jakoś tak). Obsługuje i gotuje ta sama osoba – szczupła Wietnamka po sześćdziesiątce. Wygląda jakoś tak swojsko, jakby mieszkała przy ul. Słupeckiej od urodzenia, podobnie jak jej matka, babka i prababka. Może tak zresztą było.

Ochota. Kto by pomyślał, że nie tak dawno hulał tu wiatr między nielicznymi cegielniami, składami drzewnymi i karczmą, gdzie mogli pożywić się ci, którzy woleli zjeść na przedmieściach, niż stołować się w drogiej stolicy.

O tych podróżnych myślę sobie właśnie jedząc mojego „kuciaka”, i o rogatkach jerozolimskich przy późniejszym placu Zawiszy, i o „Nowej Jerozolimie” – osiedlu dla ludzi, którzy chcieli (lub musieli) zacząć wszystko od początku.

Myślę też o tych międzywojennych architektach, którzy marzyli , żeby stworzyć miasto eleganckie, nowoczesne, funkcjonalne – prawdziwie „europejskie”. I o tym, że zaskakująco dużo z tych marzeń pozostało, w postaci modernistycznych kamienic i kolonii. A nie widzę ich wyłącznie dlatego, że wędruję przez moje miasto wpatrzona w dotykowy ekran smartfona i czubki własnych pantofli.