U schyłku

U schyłku zimy w treningach sportowych towarzyszą mi melancholijne opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. W jakiś paradoksalny sposób wpisują się w zimny krajobraz siłowni. Najpierw „Brzezina” i powolne umieranie na gruźlicę, potem opętana „Matka Joanna od Aniołów”, a pod nogami kolejne kilometry na bieżni, niezbyt liczne i niezbyt szybko przemierzane. Na pytanie o plan treningowy na dany dzień odpowiadam: trzy rozdziały, no może cztery…

Tymczasem zlatują się żurawie i bociany, podczas porannych spacerów z psem słyszę poświstywania i ćwierknięcia, czując zapach mokrej ziemi i oglądając odbicie szarych chmur w kałużach. 

W centrach handlowych interesują mnie głównie stoiska z akwarystyką, a cała reszta wydaje się zbędna. 

Ferie były okazją do rajdu po warszawskich teatrach. Najbardziej utkwiła w głowie  „Niebezpieczna metoda” w Teatrze Dramatycznym, sztuka o początkach psychoanalizy i romansie młodego Junga z jedną z histerycznych pacjentek. Rozwój to efekt uboczny ścierania się  przeciwieństw – rozumu z emocjami, chłodu z gorącem, ucznia z mistrzem. Trudno uchwycić moment w którym z kolejnych potyczek wyłania się nowy porządek. Co najmniej tak intensywny i burzliwy jest związek Junga z Freudem, on również kończy się trzaśnięciem drzwiami. 

Christopher Hampton, „Niebezpieczna metoda”, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska

A jednak się kręci

A już myślałam, że nigdy nie będę krzyczeć przez okno „Emiiiilkaaaa, do domu!” – tak jak jedno czy dwa pokolenia matek podwórkowo-trzepakowych dzieci, zdzierających kolana i biegających stadami. Myślałam, że to biedne pokolenie tabletowo-smartfonowo-kablówkowe, skazane na cyfrową nudę – ale jednak nie. Emilka zaczęła znikać na podwórku na długie godziny, pochłaniać tradycyjne papierowe książki i leczyć potłuczone kolana, zupełnie jak „normalne” dziecko. Obok jej łóżka, podobnie jak obok mojego, rośnie stosik książek czekających na swój moment.  I bardzo dobrze.

Przyszły pierwsze upały i ciepłe noce, firanki podrygują niespokojnie nad ranem, a budzik jest nastawiony na 5:55. Nie mam w najbliższym czasie żadnych zawodów biegowych – truchtam sobie niespiesznie na ulubionych trasach, nie ścigając się z nikim, nawet ze sobą.

Kończę pozaczynane książki, odświeżam znajomość z teatrami i rezerwuję bilety na nieprzyzwoitą liczbę seansów w ramach festiwalu filmowego dla dzieci i młodzieży. Zastanawiam się, czy to już naprawdę ten moment, kiedy można zacząć jeść polskie truskawki. Z roku na rok jakby coraz wcześniej…

Czas na nic

Kwiecień upłynął pod znakiem Ważnych Spraw, takich jak na przykład maraton. Ważność rzuciła cień na inne sfery, co zaowocowało kurzem na książkach, brudnymi naczyniami w zlewie, nieustającymi zaległościami w praniu. Dziś pierwszy raz od tygodni nie nastawiłam budzika.  Co prawda obudził mnie pies o 5:50 domagając się spaceru, ale formalnego budzika nie było. Naczynia trafiły do zmywarki, pranie do pralki, a ja na mój porzucony fotel, gdzie sączę pierwsze od dawna domowe cappuccino i ślizgam wzrokiem po literkach. Uznajmy to za powrót do czegoś na kształt normalności, która wymaga regularnych dawek lenistwa i obserwowania ptaków z oknem.