Cofnąć czas

A jednak przyszło zapowiadane ocieplenie, czuć je wyraźnie, choć o świcie minus jeden. Ale ciepło tkwi w ptasich porannych śpiewach i szarawej zieloności na trawnikach i żywopłotach.

Dużo czytam, dużo myślę i wysyłam wiele wiadomości. Wydłużam treningi biegowe i nasiąkam przedwiosennym deszczem. Obserwuję dziurawy i zdarty obcas w lewym kozaku i stoję przed decyzją: szewc czy może jednak śmietnik. Pewnie jednak szewc.

Kozaki kupione cztery lata temu w galerii handlowej gdzieś na Wschodzie, gdzie z dużym prawdopodobieństwem już więcej się nie pojawię. Co sezon zdzieram obcasy, nadrywam podeszwę,  a potem z pomocą szewca staram się cofnąć czas.

image

(…)(Po usunięciu nowych form życia)

Po usunięciu nowych form życia z niesprzątanej od trzech dni kuchni, załadowaniu pralki i zmywarki, pozbieraniu fragmentów dziecięcej garderoby rozrzuconych w różnych miejscach mieszkania, mam siłę zasiąść w fotelu i patrzeć przed siebie, bo za oknem już ciemność.

Na żywopłotach pierwsze zalążki liści, a z nieba pada coraz bardziej deszcz, a coraz mniej śnieg.

Intensywna wymiana wiadomości z Hiszpanią ogrzewa to wczesne prawie-przedwiośnie. Kończę książki rozpoczęte jesienią, a potem porzucone w różnych miejscach mieszkania – przy łóżku, na poręczy fotela, gdzieś w gabinecie pod stosem papierów.

W nocy intensywne sny, w których gubię się, uciekam, albo siedzę w wyschniętej fontannie i jako pierwsza zauważam, że woda zaraz znów zacznie płynąć.

Najbardziej realna i trwała ze wszystkiego wydaje mi się sonata księżycowa Beethovena.

Oficjalne otwarcie przedwiośnia

20160227_091742.jpgJeden z krzewów geranium w gabinecie przekroczył wysokość 1 m, chwiejąc się niepewnie na coraz dłuższej i dłuższej łodydze. Wzięłam w końcu nożyczki i przecięłam go gdzieś na 60 centymetrze, umieszczając obciętą część w wazonie z wodą i oficjalnie rozpoczynając w ten sposób sezon przedwiosenny.

Podczas porannego spaceru z psem obserwuję cienką warstwę szronu na samochodach i mgliste rozproszone światło wschodu słońca. Krzyczą rybitwy, które lubią odwiedzać okolice Filtrów głównie w weekendy i głównie o świcie.

Kawę nalewam do kwiecistej filiżanki i delektuję się sobotnim bezruchem. Wzrok ślizga się po literach, płynnie przechodząc na sikorki i sroki za oknem, by znowu wrócić do literek. Wspomnienie Andrzeja Żuławskiego. Wspomnienie Umberto Eco. Agent Bolek. Recenzje wydawnicze. Wrona siwa na gałęzi. Jeszcze jedna filiżanka kawy. Spienione mleko. Słodzik z kaktusa (ponoć zdrowszy, ale to – jak wszystko – kwestia wiary).

Przypomina mi się esej Alaina de Bottona „O ważności wyglądania przez okno„. Wspaniała cicha gra tego, co zmienne, z tym co stałe. Te same zarysy budynków, kontury drzew (jednak z roku na rok niedostrzegalnie wyższych). Inne zasłony, inne twarze w oknach (jak te same – to coraz starsze). Gołe gałęzie, pąki, liście. Promienie słońca, deszcze, płatki śniegu. Ptaki w karmnikach, ptaki na gałęziach. Sąsiadka w różowym szlafroku na porannym papierosie.

A u mnie na parapecie puste słoje po nalewkach, trzy drobne drzewka szczęścia, będący cały czas na granicy życia i śmierci fikus-miniaturka. Fiołek alpejski, którego Emilka dostała od dziadka na czwarte lub piąte urodziny. Mięta i bazylia, do których zbyt się przywiązuję, żeby je dodawać do potraw.