I znowu upłynęło

I znowu upłynęło wiele tysięcy stron – Lema, sir Arthura Conana Doyla, Knausgarda, Gombrowicza, kilka tomików poezji. Trzykrotnie spadł pierwszy śnieg – raz, gdy Donald Trump został prezydentem, raz gdy zmarł Leonard Cohen, a raz – tak sobie.

Gabriel Narutowicz z pewnego dystansu obserwował powiewające biało-czerwone flagi w Dzień Niepodległości. Plac, choć zatłoczony, był jakby pusty, a okrzyki brzmiały głucho. Poważne twarze aktorów na telebimie („Zobacz, Kmicic!”), poezja na ustach, deklinacja słowa „ojczyzna” (kto? co? ojczyzna, kogo czego mi żal? ojczyzny, komu czemu? ojczyźnie? po co? dlaczego teraz? jak długo? czemu tak?).

A w oddali huk rac i ten drugi marsz. Pies drży i odmawia wyjścia na popołudniowy spacer. Czuje widocznie wojnę w powietrzu, a wojna to za dużo dla małego psa.

Ja też wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję brązowego fotela, uzbrojona w kubek kawy i arsenał czarnych literek, a zamiast reportaży z wszystkich marszów, śledzę kolejne przygody Sherlocka Holmesa. Biało-czerwona flaga starannie zwinięta i umieszczona z honorami w garderobie, między hulajnogą a walizką.

We śnie dostaję parę krwistoczerwonych kolczyków, ale nie chcę ich przymierzyć, choć tak ładnie pasują do sukienki. Na jawie pierwszy śnieg trzykrotnie stopniał.

Miasto płonie

Śni mi się, że miasto płonie. Płoną kosze na śmieci, mieszkania. Moje mieszkanie też płonie, a w nim wszystkie moje rzeczy. Trochę chcę coś ratować  (bez przekonania), ale strażacy zagradzają wejście do budynku. Mówią, że grozi zawaleniem. – Trudno – myślę sobie. – Ważne, że żyję. 

Nad miastem ognista łuna i dym, dużo dymu.

image
Sebastian Niedlich,

Wanderer Above The City On Fire

(…) (No i wyszłam…)

No i wyszłam z trzydniowego ciągu czytelniczego, mogę więc znowu zmywać naczynia i z pełnym zaangażowaniem robić pranie. W nocy nawiedzają mnie koszmary. Wczoraj – stoję na jakimś placu rozładunkowym tuż przed wejściem do obozu. Tłum ludzi otoczony przez wojskowych z karabinami. Wiem, że aby przeżyć muszę za wszelką cenę unikać wzroku strażników. Oczywiście to się nie udaje. Jest wysoki, potężnie zbudowany i od razu wyłapuje w przestraszonym tłumie tą, którą trzeba usunąć już teraz. Idzie w moim kierunku, a ja nie mam dokąd uciekać. Budzę się przerażona i przez dłużą chwilę boję się znowu zamknąć powieki.

Od kilkunastu lat nie miałam takich snów. Kiedyś (20 lat temu?) śniło mi się, że uciekam przez jakimiś łysogłowymi bojówkami. Ulice były puste. Biegłam najpierw Foksal, potem skręcając w Kopernika, chowając się jakiejś klatce schodowej. Pamiętam jak dziś marmurowe schody i metalową bramę, która miała dać schronienie. Wtedy też mnie znaleźli, oczywiście.

AobKvs_web