Rytuały uzdrawiające

Smak syropu Pini przenosi mnie ćwierć wieku wstecz  (powiązane wspomnienia: żółte tabletki rutiniscorbinu, polopiryna rozpuszczana w łyżce wody, wapno musujące w szklance wody, ale bez dodatków smakowych typu cytryna czy pomarańcza). I jeszcze więcej: lekarska wizyta domowa, dotyk gorącego szkła na plecach (bańki), dziadek zrywający młode pędy sosny na syrop, babcia krojąca cebulę i zasypująca ją cukrem – też na syrop. Szklany termometr, który trzeba było trzymać pod pachą cały kwadrans. Maść tygrysia w małym, okrągłym pojemniczku  (wierzyłam, że robi się ją z jadu żmiji). Babcia kładąca wilgotne ręczniki na grzejnikach, żeby powietrze było nawilżone. Na drapiące gardło pyszny chlorchinaldin, którego nie wolno było rozgryzać, a ja zawsze rozgryzałam.  Zimne okłady na czole przy wysokiej gorączce. Takie były rytuały uzdrawiające mojego dzieciństwa.

6 dni do Wigilii

Grudniowy bazar w drobnym deszczu. Krążę między dębowymi beczkami z kapustą, stosami mandarynek i suszonych owoców. Zapach wędzonych śliwek przenosi mnie gdzieś w lata 80. Wtedy śliwki suszone były twarde jak kamienie. Trzeba było długo trzymać w ustach, a potem delikatnie obgryzać uważając na pestkę. Dymny zapach długo zostawał na opuszkach palców.

Pod pachą mam silikonową stolnicę zwiniętą w lepki rulonik, formę do pierogów i tortownicę z przykrywką. Omijam szerokim łukiem jacuzzi dla karpi, czuję krople deszczu na czole i policzkach.

W głowie układam różne smakowe kompozycje  (pieczone buraki z mango?) i myślę, że to będą bardzo dobre święta.

(…) (Nivea)

Czwartego dnia urlopu Emilka po raz pierwszy nie zerwała się podczas porannego wycia psów (wyją przy śniadaniu), tylko mocniej zacisnęła powieki. Ja poczułam, że moje nogi już może nie bolą, ale są ciężkie, bardzo ciężkie. Podniosłam się i podeszłam do okna w dachu, które uchyliłam w środku nocy. Chmury na niebie trochę białe, trochę szare, prześwitujące skrawki nieba. Zapowiadał się dobry dzień na nie robienie nic.

Za ścianą pięcioosobowa rodzina starała się po cichu zjeść śniadanie. Ich szepty i wzajemne uciszania zlewały się w miarowy, usypiający szum. Tylko wielkogłowe niemowlę od czasu wydobywało z siebie coś pomiędzy piskiem a krzykiem, zupełnie jak małe zwierzątko.

We włosach miałam zapach jeziora i intensywnego biegania – muł, sól z metaliczno-błotną nutą. Wszystko to spłukałam brzoskwiniowym szamponem dla dzieci marki Rossman, pozwalając potem schnąć włosom w porannym wietrze.

Szampon wykradłam Emilce, podobnie jak małe granatowe opakowanie kremu Nivea. Zapach kremu kojarzy mi się z dzieciństwem, ale jeszcze bardziej z białymi adidasami, które dostałam na pierwszy samodzielny wyjazd na zieloną szkołę. Miałam wtedy 8 lat i czułam, że nigdy wcześniej nie miałam piękniejszych butów. Ten zachwycający wyrób chińskiego przemysłu obuwniczego mama kazała mi czyścić właśnie kremem Nivea, co robiłam ze wzruszeniem i pełną powagą. Krem mieszał się z błotem górskich roztopów i zapachem sztucznej skóry made in China.

image