Dobrze wrócić do mieszkania, w którym jest wygodne biurko. Jakiekolwiek biurko. A w lodówce nie ma praktycznie żadnego jedzenia! I okna są przyjemnie nieszczelne. Innymi słowy – dobrze wrócić do domu. W pracy biurko straszy stosem rzeczy do uprzątnięcia, komputer straszy stosem maili do odpisania, zaległych spraw do załatwienia – multum. Ale nie dajmy się zwariować i nie traćmy w tym wszystkim radości życia!
Emilka również wróciła do poświątecznej równowagi psychicznej, dzięki Bogu. Wieczorami czytamy opowiadania Jana Grabowskiego o zwierzętach. Trudno uwierzyć, że powstaly ponad 80 lat temu!
We śnie podróżowałam niewielkim busem wysoko w górach. Spoglądając w dół widziałam czubki karłowatnych sosen i wijącą się jak wąż asfaltową wąską drogę, która oplatała zbocza.
Wariacka misja prezent zakończyła się sukcesem. Sama nie wiem, jak to się stało, ale wszystkie niezbędne autografy zdobyte, rękodzielo ukończone i doręczone, walizka spakowana. Udało się nawet wywabić syrop miodowo-malinowy Emilki z mojego najlepszego moherowego swetra (beretu jeszcze nie mam, ale zaczyna się robić coraz chłodniej, więc może czas sobie sprawić?). Moje nerwy trzymają się na ostatnich synapsach, bo ostatnie tygodnie były naprawdę zwariowane.
Dla Emilki mam tylko dwa nieduże upominki – książkę Jana Grabowskiego i grę edukacyjną Czu-Czu (Emilka bardzo lubi tą serię) Stwierdziłam, że nie będę stawać do rywalizacji z kochającymi ciociami i babciami w konkursie o największy prezent. Zastanawiam się, czy jak się dostaje bardzo dużo prezentów, to czy można się wciąż się nimi bardzo cieszyć?
Do Wigilii trzy dni, a w Empikach kilometrowe kolejki. Nie pamiętam czegoś takiego z poprzednich lat! Cieszy mnie, że jednak ludzie kupują książki. Jeśli już mamy coś szaleńczo konsumować, to konsumujmy literaturę.
Jutro późnym rankiem ruszamy na Wschód. Bez odbioru.
- Dobrze, że Mikołaj ma elektryczne sanie! – stwierdziła Emilka. Bardzo dobrze, bo dziwna jest ta jesienio-wiosno-niby-zima. Tymczasem życie, nie oglądając się na niedobór śniegu, biegnie swoim zwykłym wartkim trybem. W przedszkolu trwają ostatnie przygotowania do piątkowych jasełek. W gazecie dzieje się dużo, tak że wybiegam zdyszana rano, a po tym, jak Emilka zaśnie, siedzę jeszcze długo w noc nad pracowymi sprawami. Przy tym zużywam tony chusteczek do nosa w nierównej walce z gigantycznym katarem, który stopniowo odcina mi dostęp tlenu do mózgu. Nocami czytam kryminały. Nie ma jak dobry angielski trup! Poważniejsze książki czekają na lepsze czasy.
W przyszłym tygodniu wybieram się na 7 dniowy świąteczny urlop na wschód. Bezwstydnie się cieszę, że w tym roku moja rola będzie się sprowadzać do nie przeszkadzania w świątecznych przygotowaniach. No, może w weekend upieczemy z Emilką pierniki. Do tego przeczytamy odpowiedni piernikowy rozdział w „Dzieciach z Bullerbyn”. Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką, zaczytywałam się w świątecznych rozdziałach tej książki. Ciekawe, czy Emilka też poczuje ich magię? Na razie kończymy przyniesioną przez Mikołaja „Witaj, Karolciu!”
W nocy śnię intensywnie. Prawdę mówiąc intensywniej, niż żyję na jawie.
Wczoraj czytałam w wannie kryminał prawie do drugiej nad ranem. Potrzebowałam czegoś takiego. A sobota służbowo-prywatna. Jeden ciekawy wywiad, a potem parogodzinne przygotowywanie świątecznych upominków. W tle „Strategie zarządzania czasem” Briana Tracy wlatywały jednym uchem, a wylatywały drugim. Mam nadzieję, że został choć cień osadu na korze mózgowej.
Podczas wywiadu Andrzej Dadełło powiedział mi ważne zdanie. Że lepsi nie są ci, którzy nie mają żadnych trudności, tylko ci, którzy lepiej sobie radzą z trudnościami. I to mi utkwiło w pamięci.
Bilans dzisiejszego dnia to: przemoczone buty, gigantyczny ból głowy (na szczęście już odpuścił), jedno bardzo ciekawe spotkanie, kilka ciekawych rozmów, kilka małych pomysłów, kilka wielkich pomysłów, nowe rękawiczki na miejsce zgubionych, sukienka dla Emilki na przedszkolną i domową Wigilię, małe zderzenia z rzeczywistością, rozważania na temat rynkowego systemu trawiennego i pomysł na artykuł, który prawdopodobnie nigdy nie powstanie, pod roboczym tytułem „Wypluci przez rynek”. To był tydzień pełen kontrastów. Taki tort z dwoma warstwami: możliwości / zagrożenia / możliwości / zagrożenia. Mniam mniam (fuj fuj).
To miał być naprawdę skromny i kryzysowy Mikołaj. A przyniósł „Karolcię” i „Witaj Karolciu” w jubileuszowym, ilustorwanym wydaniu. I magiczne flamastry. I Kolorowe druciki do robienia ozdób na choinkę. I małe perfumy z Hello Kitty. I skarpetki bardzo zimowe. I pozytywkę. I mydełko w płynie w opakowaniu w kształcie gwiazdki. I gumki do włosów.
Emilka poważnie podeszła do wizyty i zaśpiewała cztery zwrotki „Przybieżeli do Betlejem”, wyrecytowała wierszyk i wręczyła Świętemu własnoręcznie wykonany rysunek, na którym znalazł się Renifer (tyłem), sanie oraz sam Mikołaj.
I tydzień był w ogóle mało kryzysowy. Spotkanie za spotkaniem, kolejne wydanie specalne gazety, kolejne dostawy książek do czytania, plany, projekty, śmiałe wizje. Dwie sukienki oddane do pralni, ścięte włosy, monodram Emiliana Kamińskiego przy okazji jubileuszu 20-lecia PSA (Polskiego Stowarzyszenia Aktuariuszy).
Odkurzyłam znajomość z Waynem Dyerem i słucham jego wykładów nagranych na iPadzie. Dr Dyer daje mi jakiś większy dystans i przypomina, jak ważne jest, żeby się cieszyć z każdego dnia i z wszystkiego, co się wydarza. Bo, jak mawiają taoiści, każdy dzień to dobry dzień. Radość, zaangażowanie plus dystans – to moja recepta na życie. W każdym razie w tym tygodniu.
Dziś wyprawa do kina na „Artur ratuje gwiazdkę” – piękną, nowoczesną baśń, gdzie nawet Mikołaj zmaga się z przerostem technologii nad treścią. To, co ludzkie jest ważniejsze od tego, co wydajne i efektywne. O! A na wieczorny deser „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego oraz gorąca kąpiel z audiobookiem w tle. Jutro rodzinna wyprawa na gorącą czekoladę i, jeśli nie będzie padać, spacer na Plac Zamkowy, gdzie stoi ponoć bardzo spektakularna choinka.
Odkrywam na nowo świat audiobooków, które dają odpocząć oczom i przenoszą mnie do czasów, kiedy moja kochana babcia Emilia godzinami czytała mi książki na głos. Dzięki jej cierpliwości, świat książek poznawałam słuchając i okazuje się, że do tej pory w ten sposób przeżywam książki najgłębiej. Zapomniałam o tym na śmierć, bo przez ostatnie 20 lat nie miał kto mi czytać!
Na świecie istnieje tyle pięknych rzeczy – książki, filmy, gorąca czekolada, babcie. W życiu miałam (i mam) ogromne szczęście do babć, bo przypadły mi w udziale naprawdę wspaniałe, kochające i godne podziwu kobiety.
Emilka w tym tygodniu nauczyła się śpiewać dwie kolędy, piosenkę o Mikołaju, napisała i wysłała list do tegoż, ubrała przedszkolną choinkę, nauczyła się swojej roli w Jasełkach i wyleczyła ząb u dentysty. Mogę jej tylko pozazdrościć tylu sukcesów. Ja nic nie wyleczyłam, za to się rozchorowałam. Kolęd wciąż nie umiem śpiewać.
Ale, z drugiej strony, też mam się czym pochwalić. Dałam przecież radę, prawda? Im bliżej się przyglądam mijającemu tygodniowi, tym więcej znajduję rzeczy do pochwały. Tak, Olu – zrobiłaś kawał dobrej roboty, pomimo zapalenia zatok i generalnego przemęczenia.
Czasem mam wrażenie, że żyję w jednym wielkim chaosie. Czasem czuję, że w tym szaleństwie jest jakaś metoda, a moje działania przynoszą efekty, chociaż nie zawsze takie i nie zawsze tam, gdzie myślałam.
Najwięcej radości i satysfakcji przynoszą mi spotkania z ludźmi. Miałam ich w ostatnich dniach kilka. Przeprowadziłam trzy wywiady – dwa z menedżerami zespółu (Agnieszką Zientkowską i Wojciechem Małkusem), jeden z Dorotą Szóstkiewicz, dyrektor Regionalnego Centrum Likwidacji Szkód. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy kochają to, co robią, mają błysk w oku i zależy im na innych ludziach – to wewnętrznie rosnę. Takich ludzi było w tym tygodniu wielu.
Chciałabym mieć więcej czasu i energii na taniec, czytanie, chciałabym mieć kiedy (i za co) zrobić doktorat. Chciałabym częściej spotykać się z przyjaciółmi. Takie myśli pojawiają mi się pod koniec roku, kiedy przymierzam się do spisania magicznej listy celów na 2012 r.
A na koniec wystąpienie posła do Europarlamentu Godfreya Blooma. To mój nowy idol i patron planu oszczędnościowego:
No i jestem oficjalnie chora i zaopatrzona w szereg pigułek o różnych kolorach i kształtach. Drugi antybiotyk tej jesieni – wyprzedziłam już moje dziecko i wcale nie jestem z tego dumna.
Zgodnie z obietnicą wyszperałam płytę Briana Tracyo zarządzaniu czasem i nawet ją włączyłam po uśpieniu Emilki w okolicach 21:30. Niewiele zrozumiałam, jeszcze mniej zapamiętałam. Chociaż jedna myśl mi została. Nie powinniśmy stawiać sobie celów w stylu „od dziś wprowadzę do mojego życia 24 nowe techniki zarządzania czasem”. Lepiej zacząć od jednej techniki na raz. A jak nie wyjdzie, to się nie poddawać i próbować dalej. Aż do wypracowania nawyku.
Na dobranoc prof. Grzegorz Kołodko poradzi, jak planować karierę. To pierwszy odcinek serii krótkich wystąpień na różne około biznesowe tematy. Warte obejrzenia, warte przemyślenia. Też to przemyślę, jak tylko znowu będę myśleć.
Tonę w morzu niekończących się list spraw do zrobienia, załatwienia, napisania, omówienia, wydzwonienia. Poziom mojego zorganizowania jest nędzny, a poziom energetyczny jeszcze nędzniejszy. A może jestem zbyt wymagająca wobec siebie? Być może wystarczy wprowadzić tylko kilka drobnych poprawek, a będzie znacznie lepiej? Ostatnio cierpię na chroniczny syndrom znerwicowanego drwala. Rąbię, rąbię, rąbię i tak jestem zajęta rąbaniem, że nie starcza czasu na ostrzenie siekiery.
Jutro wyjmuję z szafy płytę Briana Tracy „Strategie zarządzania czasem„. Słuchałam tego nagrania w wersji angielskiej jeszcze w liceum, ucząc się w ten nieco dziwaczny sposób angielskiego. Dam znać, czy pomogło tym razem.
A na odtrutkę po pragmatycznym Brianie, bardzo niepragmatyczny Tiziano Terzani i „Nic nie zdarza się przypadkiem„. Bo czy ten cały szaleńczy pośpiech nie jest w gruncie rzeczy pomyłką? W gruncie rzeczy nie ma się czym tak bardzo przejmować.
A na deser „Karolcia” czytana wspólnie z Emilką i pisanie listu do Swiętego Mikołaja. Przydałby się też listopadowo-grudniowy spacer i więcej powietrza. Zdecydowanie więcej powietrza!