W byłym śniegu

Warszawa w byłym śniegu, a aktualnym błocie z solidną domieszką soli. Klątwa kozaków i generalnie – obuwia jako takiego. Bardziej niż na iPhone’a 8, czekam na wynalazek jakiejś substancji, która będzie równocześnie ratować przed wybiciem sobie zębów na oblodzonym chodniku, nie katując zarazem butów i psich łapek. Podejrzewam, że wcześniej wyślemy lot załogowy na Marsa, niż bezboleśnie uporamy się z pierwszym w sezonie lodem i śniegiem.

Wieczorami zapadam się bezsilnie w fotel, mogąc już tylko ślizgać się palcem po czytniku ebooków i słuchać ponurego koncertu świerszczy bananowych, brzmiącego jak występ orkiestry na Titanicu. Nie wiedzą, nieszczęśni skazańcy, że i tak skończą jako kolacja dla gekona.

W nocy śni mi się, że przygarniam czwórkę kociąt, a potem spaceruję po parku w towarzystwie zmarłego dziadka. Jest w tych snach śnieg, ale też wola życia, a może raczej przetrwania.

Z obejrzanych zachłannie (jak to w ferie) sztuk teatralnych zostają pod powiekami urywki. Kiwający się na lince portret Führera z „Pociągów pod specjalnym nadzorem” w Teatrze Dramatycznym, wygnieciona kozetka na prowincjonalnej stacyjce, upstrzony gołębimi odchodami mundur zawiadowcy (nie bójmy się tego słowa: usrany).

pociagi1
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Ojciec” w Ateneum – demencja demencja demencja. Demencja wyprzedza esensję. Doskonałe studium rozpadu człowieka w wykonaniu Mariana Opani – tylko czy ja miałam siłę na ten kolejny rozpad? Na tym tle kilkudziesięcioletni areszt domowy hrabiego Rostowa z „Dżentelnena w Moskwie” to opis letnich kolonii dla dorastających panien. Bo „Dżentelmen” to historia o zachowaniu godności, a „Ojciec” o jej stopniowej i bezpowrotnej utracie.

BIEL8655_maly
fot. Krzysztof Bieliński
Reklamy

Zimność

No i przyszedł spóźniony mróz. Pierwszy raz w tym sezonie wyciągnęłam z szafy zielony wełniany szalik dla siebie i spacerowy sweter dla psa. Dziecko odwiezione na ferie w podwarszawską dzicz, a ja mierzę się z pierwszym od kilku miesięcy wszechkatarem i zapadam się w lekturę „Dżentelmena w Moskwie” Amora Towelsa. Bohater – hrabia Rostow – zostaje skazany przez partyjny sąd na dożywotni areszt domowy w moskiewskim hotelu Metropol. Towarzyszę mu na tym paradoksalnym wygnaniu, nie odbieram telefonów i szykuję do heroicznej wyprawy do Teatru Dramatycznego. A przecież to zaledwie kilka kresek poniżej zera, skąd więc to doświadczenie norwesko-syberyjskiej aury, bezkresnego zimna? Ponoć wieje dziś ze wschodu.

W tle domowa symfonia – szum zmywarki, powarkiwanie napowietrzacza w akwarium, odległy odgłos jadącej w górę windy. Pies zabarykadowany w pojemniku na pościel – swojej ulubionej kwaterze na zimowe popołudnia i wieczory.

I myślę sobie, że lubię te niedzielne zatrzymania i nieśpieszne tête-à-tête z czytnikiem Kindle, wcale nie ustępujące intymności obcowania z papierem.

(…) Zimą

Zimą Iwaszkiewicz, latem Iwaszkiewicz, jesienią też Iwaszkiewicz. Ten rok ogłaszam więc rokiem Iwaszkiewicza. Ponurawy to towarzysz, idealny na nocne ulewy i pierwsze wrześniowe katary. Listy i dzienniki pozwalają zanurzyć się w innym czasie, innym życiu, innych codziennych dramacikach. 17-letni Iwaszkiewicz napisał w dzienniku (dręczony katarem), że chyba jednak umrze. Nie umarł. W każym razie jeszcze nie wtedy.

Z kaszlącą Emilką oglądamy serial BBC „Merlin”, płaczę jak bóbr (lub stado bobrów) nad śmiercią dzielnego Lancelota, chociaż wcześniej pokpiwałam z jego teatralnej rycerskości. Opłakuję chyba tę skrajnie idealistyczną postawę, która skazana jest na wielowymiarową porażkę.

Nocą huczy jakaś wściekła ulewa, sen nie chce przyjść, a nadejście poranka nie wydaje się wcale tak oczywiste, jak zazwyczaj. Nad ranem ulewa ustaje, a poranek jednak nadchodzi.

U schyłku

U schyłku zimy w treningach sportowych towarzyszą mi melancholijne opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. W jakiś paradoksalny sposób wpisują się w zimny krajobraz siłowni. Najpierw „Brzezina” i powolne umieranie na gruźlicę, potem opętana „Matka Joanna od Aniołów”, a pod nogami kolejne kilometry na bieżni, niezbyt liczne i niezbyt szybko przemierzane. Na pytanie o plan treningowy na dany dzień odpowiadam: trzy rozdziały, no może cztery…

Tymczasem zlatują się żurawie i bociany, podczas porannych spacerów z psem słyszę poświstywania i ćwierknięcia, czując zapach mokrej ziemi i oglądając odbicie szarych chmur w kałużach. 

W centrach handlowych interesują mnie głównie stoiska z akwarystyką, a cała reszta wydaje się zbędna. 

Ferie były okazją do rajdu po warszawskich teatrach. Najbardziej utkwiła w głowie  „Niebezpieczna metoda” w Teatrze Dramatycznym, sztuka o początkach psychoanalizy i romansie młodego Junga z jedną z histerycznych pacjentek. Rozwój to efekt uboczny ścierania się  przeciwieństw – rozumu z emocjami, chłodu z gorącem, ucznia z mistrzem. Trudno uchwycić moment w którym z kolejnych potyczek wyłania się nowy porządek. Co najmniej tak intensywny i burzliwy jest związek Junga z Freudem, on również kończy się trzaśnięciem drzwiami. 

Christopher Hampton, „Niebezpieczna metoda”, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska

Ucieszyłby pana ten widok

W czasie 25. Finału Wielkiej Orkiestry sypnęło staropolskim przedrozbiorowym śniegiem, o jakim pisał Sienkiewicz. Gruba puszysta warstwa pokryła Warszawę w półtorej godziny, skrzypiała pod stopami i oślepiała bielą. – Tak właśnie powinien wyglądać śnieg – wyjaśniłam Emilce, która w swoim dziesięcioletnim życiu wiele śniegu jeszcze nie widziała. 
Następnego ranka śnieg wciąż miał się dobrze, zamiast zamienić się w rodzaj zaprawy błotno-piaskowej. 

Podczas Finału zebrano przekornie rekordowe miliony – pomimo rządowo-narodowych kampanii, a może właśnie dzięki nim? Taka promocja paradoksalna. Cieszę się, że  w tej konkretnej bitwie zwyciężą chore dzieci i seniorzy. W milionie innych bitew polsko-polskich wszyscy przegrywamy, albo tak to wygląda z pozoru. Być może ten czas wojenny pozwala odkryć, że dawno zdobyte bastiony „oczywistości”, takie jak prawa człowieka czy nawet teoria ewolucji wciąż trzeba zdobywać i głosić na nowo. 

Ostatnio wieczorami grywamy z Emilką w grę karcianą „Ewolucja”, zaciekle walcząc o przetrwanie. Wynik każdej rozgrywki jest niepewny i w tej częściowej nieprzewidywalności tkwi właśnie  piękno natury.

Piątkowe popołudnie i wieczór spędzamy na Nocy Biologów wśród kilku tysięcy wariatów. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają na uczenie innych lub poszerzanie własnych horyzontów? Widząc wypchane po brzegi sale wykładowe i słysząc gimnazjalistów negocjujących z rodzicami późniejszy powrót  („Tato, ja MUSZĘ być jeszcze na tych dwóch wykładach, przyjedź o 22:15!”), pomyślałam, że może jest jeszcze nadzieja dla naszego gatunku. Że są ludzie, którzy chcą się uczyć i poznawać świat, a nie iść po linii najmniejszego oporu intelektualnego. Którzy najpierw chcą WIEDZIEĆ, a potem mieć i konsumować. Ucieszyłby pana ten widok, profesorze Bauman!

(…)(Dawni kronikarze…)

20170101_195830.jpgDawni kronikarze napisaliby zwięźle – styczeń 2017: Smog. Umiera prof. Zygmunt Bauman. A współcześni napisaliby, że był wielki wielki mróz, a potem wielkie wielkie roztopy. A teraz nocami sypie, a we dnie płynie. Nad topniejącym śniegiem opary smogu i niskie chmury, które zasłaniają pierwszą pełnię księżyca w nowym roku.

Minęło już półtora tygodnia od śmierci Stefana Rybki w domowym akwarium. Ktoś może powiedzieć, że małe śmierci nie mają znaczenia, a kryzys ekologiczny w 19l pojemniku jest niczym wobec warszawskiego smogu, nie wspominając o globalnym ociepleniu. A ja powiem, że z perspektywy naszego pięknego kosmosu nie jesteśmy nawet 19 litrowym akwarium z własnym ekosystemem, ale kroplą wody. Co najwyżej.

Śmierć Stefana Rybki spowodowana zapewne nieustabilizowanym cyklem azotowym w młodym, dojrzewającym zbiorniku przypomniała mi, jak kruche i zarazem wieczne jest życie. Obserwuję pozostałe ryby i ślimaki, obserwuję mech obrastający korzeń i rzęsę pokrywającą powierzchnię wody w tempie zarazem niezauważalnym, jak i wszechogarniającym. Robię pomiary azotanów i azotynów, twardości węglanowej, kwaśności i innych magicznych współczynników, starając się różnymi oszukańczymi metodami wspomóc Naturę. I wiecie co, bycie rybim panem bogiem to ogromne wyzwanie. Nie wiem wcale czy pomogły moje zabiegi, czy może zwyczajny upływ czasu – w każdym razie kryzys ekologiczny zażegnany i lada dzień do akwarium trafi Stefan Drugi. Żyj długo i szczęśliwie, Stefanie II Rybko.

I znowu upłynęło

I znowu upłynęło wiele tysięcy stron – Lema, sir Arthura Conana Doyla, Knausgarda, Gombrowicza, kilka tomików poezji. Trzykrotnie spadł pierwszy śnieg – raz, gdy Donald Trump został prezydentem, raz gdy zmarł Leonard Cohen, a raz – tak sobie.

Gabriel Narutowicz z pewnego dystansu obserwował powiewające biało-czerwone flagi w Dzień Niepodległości. Plac, choć zatłoczony, był jakby pusty, a okrzyki brzmiały głucho. Poważne twarze aktorów na telebimie („Zobacz, Kmicic!”), poezja na ustach, deklinacja słowa „ojczyzna” (kto? co? ojczyzna, kogo czego mi żal? ojczyzny, komu czemu? ojczyźnie? po co? dlaczego teraz? jak długo? czemu tak?).

A w oddali huk rac i ten drugi marsz. Pies drży i odmawia wyjścia na popołudniowy spacer. Czuje widocznie wojnę w powietrzu, a wojna to za dużo dla małego psa.

Ja też wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję brązowego fotela, uzbrojona w kubek kawy i arsenał czarnych literek, a zamiast reportaży z wszystkich marszów, śledzę kolejne przygody Sherlocka Holmesa. Biało-czerwona flaga starannie zwinięta i umieszczona z honorami w garderobie, między hulajnogą a walizką.

We śnie dostaję parę krwistoczerwonych kolczyków, ale nie chcę ich przymierzyć, choć tak ładnie pasują do sukienki. Na jawie pierwszy śnieg trzykrotnie stopniał.