U schyłku

U schyłku zimy w treningach sportowych towarzyszą mi melancholijne opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza. W jakiś paradoksalny sposób wpisują się w zimny krajobraz siłowni. Najpierw „Brzezina” i powolne umieranie na gruźlicę, potem opętana „Matka Joanna od Aniołów”, a pod nogami kolejne kilometry na bieżni, niezbyt liczne i niezbyt szybko przemierzane. Na pytanie o plan treningowy na dany dzień odpowiadam: trzy rozdziały, no może cztery…

Tymczasem zlatują się żurawie i bociany, podczas porannych spacerów z psem słyszę poświstywania i ćwierknięcia, czując zapach mokrej ziemi i oglądając odbicie szarych chmur w kałużach. 

W centrach handlowych interesują mnie głównie stoiska z akwarystyką, a cała reszta wydaje się zbędna. 

Ferie były okazją do rajdu po warszawskich teatrach. Najbardziej utkwiła w głowie  „Niebezpieczna metoda” w Teatrze Dramatycznym, sztuka o początkach psychoanalizy i romansie młodego Junga z jedną z histerycznych pacjentek. Rozwój to efekt uboczny ścierania się  przeciwieństw – rozumu z emocjami, chłodu z gorącem, ucznia z mistrzem. Trudno uchwycić moment w którym z kolejnych potyczek wyłania się nowy porządek. Co najmniej tak intensywny i burzliwy jest związek Junga z Freudem, on również kończy się trzaśnięciem drzwiami. 

Christopher Hampton, „Niebezpieczna metoda”, reż. Agnieszka Lipiec-Wróblewska

Ucieszyłby pana ten widok

W czasie 25. Finału Wielkiej Orkiestry sypnęło staropolskim przedrozbiorowym śniegiem, o jakim pisał Sienkiewicz. Gruba puszysta warstwa pokryła Warszawę w półtorej godziny, skrzypiała pod stopami i oślepiała bielą. – Tak właśnie powinien wyglądać śnieg – wyjaśniłam Emilce, która w swoim dziesięcioletnim życiu wiele śniegu jeszcze nie widziała. 
Następnego ranka śnieg wciąż miał się dobrze, zamiast zamienić się w rodzaj zaprawy błotno-piaskowej. 

Podczas Finału zebrano przekornie rekordowe miliony – pomimo rządowo-narodowych kampanii, a może właśnie dzięki nim? Taka promocja paradoksalna. Cieszę się, że  w tej konkretnej bitwie zwyciężą chore dzieci i seniorzy. W milionie innych bitew polsko-polskich wszyscy przegrywamy, albo tak to wygląda z pozoru. Być może ten czas wojenny pozwala odkryć, że dawno zdobyte bastiony „oczywistości”, takie jak prawa człowieka czy nawet teoria ewolucji wciąż trzeba zdobywać i głosić na nowo. 

Ostatnio wieczorami grywamy z Emilką w grę karcianą „Ewolucja”, zaciekle walcząc o przetrwanie. Wynik każdej rozgrywki jest niepewny i w tej częściowej nieprzewidywalności tkwi właśnie  piękno natury.

Piątkowe popołudnie i wieczór spędzamy na Nocy Biologów wśród kilku tysięcy wariatów. Bo jak inaczej nazwać ludzi, którzy swój wolny czas poświęcają na uczenie innych lub poszerzanie własnych horyzontów? Widząc wypchane po brzegi sale wykładowe i słysząc gimnazjalistów negocjujących z rodzicami późniejszy powrót  („Tato, ja MUSZĘ być jeszcze na tych dwóch wykładach, przyjedź o 22:15!”), pomyślałam, że może jest jeszcze nadzieja dla naszego gatunku. Że są ludzie, którzy chcą się uczyć i poznawać świat, a nie iść po linii najmniejszego oporu intelektualnego. Którzy najpierw chcą WIEDZIEĆ, a potem mieć i konsumować. Ucieszyłby pana ten widok, profesorze Bauman!

(…)(Dawni kronikarze…)

20170101_195830.jpgDawni kronikarze napisaliby zwięźle – styczeń 2017: Smog. Umiera prof. Zygmunt Bauman. A współcześni napisaliby, że był wielki wielki mróz, a potem wielkie wielkie roztopy. A teraz nocami sypie, a we dnie płynie. Nad topniejącym śniegiem opary smogu i niskie chmury, które zasłaniają pierwszą pełnię księżyca w nowym roku.

Minęło już półtora tygodnia od śmierci Stefana Rybki w domowym akwarium. Ktoś może powiedzieć, że małe śmierci nie mają znaczenia, a kryzys ekologiczny w 19l pojemniku jest niczym wobec warszawskiego smogu, nie wspominając o globalnym ociepleniu. A ja powiem, że z perspektywy naszego pięknego kosmosu nie jesteśmy nawet 19 litrowym akwarium z własnym ekosystemem, ale kroplą wody. Co najwyżej.

Śmierć Stefana Rybki spowodowana zapewne nieustabilizowanym cyklem azotowym w młodym, dojrzewającym zbiorniku przypomniała mi, jak kruche i zarazem wieczne jest życie. Obserwuję pozostałe ryby i ślimaki, obserwuję mech obrastający korzeń i rzęsę pokrywającą powierzchnię wody w tempie zarazem niezauważalnym, jak i wszechogarniającym. Robię pomiary azotanów i azotynów, twardości węglanowej, kwaśności i innych magicznych współczynników, starając się różnymi oszukańczymi metodami wspomóc Naturę. I wiecie co, bycie rybim panem bogiem to ogromne wyzwanie. Nie wiem wcale czy pomogły moje zabiegi, czy może zwyczajny upływ czasu – w każdym razie kryzys ekologiczny zażegnany i lada dzień do akwarium trafi Stefan Drugi. Żyj długo i szczęśliwie, Stefanie II Rybko.

I znowu upłynęło

I znowu upłynęło wiele tysięcy stron – Lema, sir Arthura Conana Doyla, Knausgarda, Gombrowicza, kilka tomików poezji. Trzykrotnie spadł pierwszy śnieg – raz, gdy Donald Trump został prezydentem, raz gdy zmarł Leonard Cohen, a raz – tak sobie.

Gabriel Narutowicz z pewnego dystansu obserwował powiewające biało-czerwone flagi w Dzień Niepodległości. Plac, choć zatłoczony, był jakby pusty, a okrzyki brzmiały głucho. Poważne twarze aktorów na telebimie („Zobacz, Kmicic!”), poezja na ustach, deklinacja słowa „ojczyzna” (kto? co? ojczyzna, kogo czego mi żal? ojczyzny, komu czemu? ojczyźnie? po co? dlaczego teraz? jak długo? czemu tak?).

A w oddali huk rac i ten drugi marsz. Pies drży i odmawia wyjścia na popołudniowy spacer. Czuje widocznie wojnę w powietrzu, a wojna to za dużo dla małego psa.

Ja też wycofuję się na z góry upatrzoną pozycję brązowego fotela, uzbrojona w kubek kawy i arsenał czarnych literek, a zamiast reportaży z wszystkich marszów, śledzę kolejne przygody Sherlocka Holmesa. Biało-czerwona flaga starannie zwinięta i umieszczona z honorami w garderobie, między hulajnogą a walizką.

We śnie dostaję parę krwistoczerwonych kolczyków, ale nie chcę ich przymierzyć, choć tak ładnie pasują do sukienki. Na jawie pierwszy śnieg trzykrotnie stopniał.

Inicjacje

Nad Warszawą znów płyną ciemne chmury, blade latarnie nie są w stanie rozświetlić tego ciemnego miasta. W niedzielny wieczór na ulicach nieliczni spacerowicze z psami, gdzieniegdzie przemykające stadka młodzieży. Ciemne witryny, ciemne okna, liście tańczące na wietrze.

242356190

Wracam z kina Iluzjon, mając w oczach te zamglone islandzkie przestrzenie, polarne noce i surową brzydotę rybackich miasteczek gdzieś za końcem świata. Stoły pokryte ceratą, łuszczącą się farbę, stosy opróżnionych butelek i niedopałków.

Młody chłopak z Reykjavíku zostaje zesłany w rodzinne strony do zgorzkniałego, popijającego ojca – rybaka. Porzucony przez kobiety – matkę, która postanowiła wyjechać do Afryki, babkę – która nagle umarła, młodzieńczą miłość – która wybrała lokalnego samca alfa – stara się odnaleźć w męskim świecie. Podejmuje pierwszą pracę w przetwórni ryb, pije pierwszą kawę i pierwsze piwo, dostaje pierwszą wypłatę, a do snu kołyszą go odgłosy pijatyk ojca i jego przyjaciół.

9895-SPARRROWS3-700x700Ale ten męski świat jest jakiś przetrącony i osnuty mgłą. Wspólne strzelanie do fok to nie odwieczny rytuał panów stworzenia, tylko rozpaczliwy spektakl triumfu słabych nad jeszcze słabszymi.

Jest tam jednak też jakaś czułość i niewinność, której nie niszczą kolejne inicjacje głównego bohatera, włącznie z inicjacją seksualną w objęciach miejscowej pani Robinson. Jest też czułość między zagubionym ojcem i zagubionym synem, przekraczająca pijackie wyskoki obydwu. Jest też ciężka praca, którą obaj wykonują jakby mimochodem – bo w tym świecie to praca czyni mężczyzną, a po pracy czarna kawa z termosu.

9893-SPARROWS-700x700

„Wróble”, reż. Rúnar Rúnarsson

Tyle wściekłości

We śnie miałam wyłamane zamki. Do przedpokoju wpadły dwie osoby – mężczyzna i kobieta, krzycząc: Gdzie jest motocyklista? Nic nie wiedziałam o motocykliście.  – Lepiej sobie przypomnij – warknęła kobieta, uderzając mnie otwartą dłonią prosto w twarz. A ja poczułam gigantyczną, nieludzką wściekłość. – Jesteś tylko postacią z mojego snu, dlatego cię zniszczę. I zepchnęłam ją ze schodów, biłam po twarzy i potem obserwowałam, jak leży nieruchomo w kałuży krwi. Nie było triumfu, nie było ulgi. Tylko zdziwienie, że mam w sobie tyle.wściekłości. Potem scena się rozmyła, a ja wpadłam w kolejne niespokojne sny.

W którymś momencie 

W którymś momencie można już tylko poukładać rozrzucone ubrania, zmyć makijaż, przenieść kilka talerzy do zmywarki, zamknąć jedną książkę, otworzyć inną, patrzeć na litery z pewną tępą obojętnością – jak by się czytało menu w barze szybkiej obsługi i uznać, że ten ciąg czynności to jest właśnie życie.

Można też wsłuchać się w oddech śpiącego psa  (na granicy ciszy), w rytmiczne uderzenie owadziego ciała o jakąś płaską powierzchnię  (ściana? klosz lampki nocnej?) i czuć, że  właśnie dziś wynalazło się zupełnie od nowa i z niczego uczucie smutku.

Można wdychać nocne powietrze, słuchać odległego szumu samochodów na ulicy Grójeckiej, płynnie przeskoczyć myślami gdzieś na początek ubiegłego stulecia i poczuć w sobie głęboką czułość dla tej dzielnicy, dla tego miasta.

Jechałam dziś tramwajową linią turystyczną z przewodnikiem ubranym w mundur. Przewodnik wyrzucał z siebie do mikrofonu fakty i anegdoty, wagonikiem zarzucało od gwałtownych przyśpieszeń, a mi brakowało w tym właśnie czułości i jakiegoś głębszego oddechu, który jest niezbędny do obcowania z prawdą.