Tamto lato

„Niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa” – a może Jezus miał jednak na myśli grę na gitarze? Ćwiczę pośród rozrzuconych kartek ze słowami, nutami, akordami i idzie najlepiej, gdy ręce na chwilę się zapomną, a już na pewno wtedy, jeśli trochę zapomną o sobie nawzajem.

Do porannej kawy ostatnia w tym roku jagodzianka („Więcej to nie będzie” oznajmia twardo dziewczyna z piekarni na rogu Filtrowej i Asnyka).

Wieczorem w planach ostatni (i pierwszy) w tym roku półmaraton, który nie wzbudza już niepokojów, ale miłe uczucie rozpoznania starego przyjaciela. Skądś wiem, że pobiegnę i wszystko generalnie będzie dobrze.

Często wskakuję na rozklekotane miejskie rowery, a potem z wiatrem we włosach i torebką przerzuconą przez ramię przemierzam stare i nowe warszawskie ścieżki. Jana Pawła. Świętokrzyska. Mińska. Grójecka. W parkach opadają rajskie jabłka, a między alejkami unosi się winny zapach przejrzałych mirabelek. Więcej to nie będzie, cytując dziewczynę z piekarni.

Zerkam na śliwki i brzoskwinie na miejskich straganach i myślę, że to właściwy czas na kilka słoików złotawo czerwonawych konfitur z naklejką „Tamto lato”.

Reklamy

Dla K.

Ruszmy na wieloryba
Jak nasze prababki
Powróżmy z wschodnich wiatrów
Odprawmy coś, urwijmy się
Zabawmy się i zbawmy
Niech dzwonią słowa,
niech zawrze świat

Miejmy znów 20 lat

whalefishery
Robert Dodd (1748-1816), The North West
The North West or Davis’s Streights Whale Fishery

Ale tak to już jest z opętaniem

Kiedyś wrzucałam pieniądze tylko dobrym uliczno-tramwajowym muzykom, a ostatnio wrzucam też tym złym, nawet bardzo złym. To jak cudownie odnalezieni po latach bracia bliźniacy, członkowie tego samego klubu, mieszkańcy tej samej planety, ciecie w stróżówkach filharmonii, moje siostry – smętne bufetowe durowo molowe.

Kto wie lepiej niż ja, że jest w tym rzępoleniu pewien heroizm. Jak podróż, w którą się wyrusza z pełną świadomością, że jest zbyt daleka. A pakujesz walizkę, jak byś naprawdę wierzył, że gdzieś dojedziesz.

Ale tak to już jest z opętaniem.

Wchodząc w czerwcu do sklepu z instrumentami muzycznymi, czułam się jak alkoholik kupujący flaszkę na stacji benzynowej. Gdybym mogła, to bym kazała zawinąć tę cholerną gitarę w gazetę i powiedzieć, że to nie dla mnie, że to dla szwagra (nie mam szwagra).

I słyszę w głowie te wszystkie nuty, a to co się ze mnie wydobywa, to jakiś bełkot. Jak we śnie, w którym tak bardzo chcesz coś powiedzieć, a z ust płynie tylko cisza lub jakieś przeciągłe yyyyyyy.

Jest też we mnie taki głos, który mówi: po prostu nie myśl o tym. Zrób jeszcze jeden krok, i jeszcze jeden. Tak się idzie dookoła świata.

Gitaro, nastrój się!

Elektroniczny stroik Jeremi twierdzi, że gitara jest nastrojona, ale ona wie swoje i wydaje z siebie zupełnie nieprawdopodobne tonacje. Mój surowy nauczyciel nawet by nie uwierzył, że takie dźwięki w ogóle istnieją.

„Panie władzo, ja naprawdę nie wiem skąd te dźwięki się wzięły w mojej gitarze. Pierwszy raz je na uszy słyszę!”

A może to moje niesforne paznokcie, które już po raz trzeci zdążyły urosnąć od pierwszej lekcji, odmierzając nieuchronny upływ czasu.

Uczyłam się ośmiu piosenek, teraz znowu uczę się jednej. Pozostałych się nie uczę, tylko gram.

Gitaro, nastrój się. Obiecuję, już nigdy nie będę miała długich paznokci. A i malować będę z rzadka.

Przyjdziecie jeszcze?

W domu kończą się dobra pierwszej potrzeby – kawa i tegoroczne jabłka. Sytuacja zaczyna być nieco groźna. Pies bezwstydnie wyłudza ode mnie nadprogramowe spacery, a każdy z nich ma sto zakrętów. Obiad jest dziś trzydaniowy – a na każde danie są lody. Przypadek?

Mrugam porozumiewawczo do Matki Boskiej w podwórkowej kapliczce i kłaniam rozciagniętym na rozgrzanym asfalcie dzikim kotom.

Gitara trzeszczy, krztusi się, postukuje, śmieje mi w nos.

Ale pani Stasia z domu opieki ociera łzę i mówi, że to boli, że ciężko, że przypomina – i w płacz. I wiem, że to właśnie ta nieco szalona kobieta poczuła, że mnie boli, że ciężko, że przypomina. „Mordeczko moja!” Mówi i chwyta za ramię. „Mogę z wami zostać?”

Siedzimy w domu opieki w ogrodzie zalanym słońcem, jemy kwaśne śliwki, gramy, śpiewamy.

„Tato, wiesz kto przyszedł?”

Ma zagubiony i zakłopotany wzrok, ale się cieszy.

„Przyjdziecie jeszcze?” Upewnia się.

Tato

Tato, znów wbiłam wszystkie gwoździe
Powiedz, że ładnie, powiedz, że dobrze
Powiedz, że mądrze

Tato, chodźmy na lody z likierem
Chcę zostać monterem, chcę zostać saperem, chcę stać za sterem

Tato, weź mnie za rękę, kup mi sukienkę
Zaśpiewaj sprośną piosenkę

Tato zapal fajkę, opowiedz mi bajkę

Powiedz, że to nic, że to pic
Że do sklepu po zapałki

W byłym śniegu

Warszawa w byłym śniegu, a aktualnym błocie z solidną domieszką soli. Klątwa kozaków i generalnie – obuwia jako takiego. Bardziej niż na iPhone’a 8, czekam na wynalazek jakiejś substancji, która będzie równocześnie ratować przed wybiciem sobie zębów na oblodzonym chodniku, nie katując zarazem butów i psich łapek. Podejrzewam, że wcześniej wyślemy lot załogowy na Marsa, niż bezboleśnie uporamy się z pierwszym w sezonie lodem i śniegiem.

Wieczorami zapadam się bezsilnie w fotel, mogąc już tylko ślizgać się palcem po czytniku ebooków i słuchać ponurego koncertu świerszczy bananowych, brzmiącego jak występ orkiestry na Titanicu. Nie wiedzą, nieszczęśni skazańcy, że i tak skończą jako kolacja dla gekona.

W nocy śni mi się, że przygarniam czwórkę kociąt, a potem spaceruję po parku w towarzystwie zmarłego dziadka. Jest w tych snach śnieg, ale też wola życia, a może raczej przetrwania.

Z obejrzanych zachłannie (jak to w ferie) sztuk teatralnych zostają pod powiekami urywki. Kiwający się na lince portret Führera z „Pociągów pod specjalnym nadzorem” w Teatrze Dramatycznym, wygnieciona kozetka na prowincjonalnej stacyjce, upstrzony gołębimi odchodami mundur zawiadowcy (nie bójmy się tego słowa: usrany).

pociagi1
Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska

Ojciec” w Ateneum – demencja demencja demencja. Demencja wyprzedza esensję. Doskonałe studium rozpadu człowieka w wykonaniu Mariana Opani – tylko czy ja miałam siłę na ten kolejny rozpad? Na tym tle kilkudziesięcioletni areszt domowy hrabiego Rostowa z „Dżentelnena w Moskwie” to opis letnich kolonii dla dorastających panien. Bo „Dżentelmen” to historia o zachowaniu godności, a „Ojciec” o jej stopniowej i bezpowrotnej utracie.

BIEL8655_maly
fot. Krzysztof Bieliński